Podziwiam ludzi, którzy mają stalowe nerwy i nadludzką odporność psychiczną, żeby wytrzymać w pewnej firmie od mycia aut. Serio. To nie praca, to program przetrwania. Powiedzieć, że atmosfera jest toksyczna, to jak powiedzieć, że wulkan jest lekko ciepły.
Plotki lecą szybciej niż służbowe maile, a że biuro jest wielkości większej łazienki, to „za plecami” dzieje się dosłownie metr za tobą. Plotka nie musi nawet chodzić ona po prostu siedzi obok.
Do tego biuro jest pet-friendly. Tak bardzo friendly, że czasem aż zbyt dosłownie. Nic tak nie buduje klimatu spotkania w sali bez okien jak aromatyczny wkład od czworonożnego kolegi albo subtelna symfonia gazów w tle prezentacji kwartalnych wyników. Work-life balance, tylko bardziej life niż work.
A warunki współpracy? Marzenie! Pracujesz jak dozorca, tylko że na B2B, więc oficjalnie jesteś „przedsiębiorcą”, a nie kimś, kto właśnie został przekonany, że składki i stabilność to przeżytek dla ludzi bez fantazji. Obiecano złote góry, wyszła złota łopata do kopania własnej emerytury w ogródku.
Sam produkt? Działa w modelu „niespodzianka”. Partner coś obiecuje, klient czegoś oczekuje, a finalnie auto dostaje symboliczne ochlapanie wodą z uczuciem. Minimalizm usługowy. Zen motoryzacji.
Marketing za to kosmiczny. Opowieści o ekologii płyną szerokim strumieniem prawie tak szerokim jak woda przy „ekologicznym” myciu ręcznym, do którego trzeba najpierw dojechać, spalając pół baku paliwa. Logika zrobiła sobie urlop.
Ceny premium, doświadczenie… powiedzmy: charakterystyczne. Klient płaci jak za spa dla auta, a dostaje szybki prysznic z wężą ogrodowego i duchowe przeżycie.
Najlepsze jest to, że rynek jest pełen normalnych, cywilizowanych małych start-upów, gdzie można pracować bez codziennego odcinka „Biuro: Survivor Edition” i mieć umowę o pracę, która nie brzmi jak żart sytuacyjny.
Ale hej jeśli ktoś szuka adrenaliny, testu odporności psychicznej i studium przypadku pt. „jak nie prowadzić firmy”, to doświadczenie jest naprawdę… niezapomniane.