Średnio co kwartał pojawią się ogłoszenie o pracę, kilkukrotnie aplikowałam ponieważ chciałam zmienić miejsce zatrudnienia, w końcu się udało i zostałam zaproszona na rozmowę. Pani przez telefon wyraźnie mówiła, że spotkanie odbędzie się w kawiarni Pellowski na terenie szpitala, pięć minut przed planowaną rozmową wysłałam sms z zapytaniem, czy poczekać przed kawiarnią. Cisza. O 08:10, czyli gdy nasze spotkanie powinno już trwać 10 minut, zadzwonił telefon z zapytaniem gdzie jestem, okazało się, że Pani czeka - owszem w kawiarni, ale nie tej. Czułam już, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. Panią odnalazłam, podałam rękę przedstawiając się imieniem i nazwiskiem. Nie padło w moją stronę żadne rekrutacyjne pytanie, Pani mówiła bardzo szybko i od niechcenia, jakby była zmęczona tym, że musi tu być. Przebieg rozmowy wyglądał następująco: praca od poniedziałku do piątku, tu w sklepie od 9 do 17, ze zwolnieniami to ciężko bo muszą być dwie osoby w sklepie, wolne planowane z dużym wyprzedzeniem, na początku umowa zlecenie, stawka 4500zł (nie dosłyszałam czy brutto czy netto), jest możliwość przejścia na umowę o pracę po zdaniu państwowego egzaminu z materiałoznawstwa, który kończy się otrzymując certyfikat. Okej brzmi zrozumiale, później Pani zaczęła mówić "jesteśmy stabilną firmą, mamy jedną dziewczynę, która pracuje u nas długo, nie spodziewałam się, że znowu będę musiała kogoś szukać, ale musiałam zwolnić jedną dziewczynę, wie Pani to fizjoterapeutka oni są specyficzni, rozpuszczeni". Nie zapowiadało to nic dobrego, nurtowało mnie jeszcze jedno pytanie, które zadałam "czy egzamin opłaca Pani jako pracodawca czy ja?", w odpowiedzi usłyszałam "no Pani, to przecież Pani dokument, to Pani nazwisko tam będzie". Chciałabym tylko zaznaczyć, że taki egzamin kosztuje 4000zł i cześć praktyczna odbywa się w Warszawie. Szkoda mojego czasu, ludzie idą do pracy zarobić, a nie wydać 4000zł, nie wiedząc jak długo będzie dane im pracować w firmie.