Niedziela, 5 sierpnia 2018 r. Godzina - 14.30. Miejsce - Restauracja KTW, ogródek. Dwie osoby. Czekamy aż kelner uprzątnie stolik po poprzednich klientach. Uprząta, choć pozostałości na obrusie zostają. To nic. Siadamy. Gawędzimy, czas mija - 15 minut minęło, w brzuchach burczy. Jedno z nas idzie do kelnera i zadaje proste pytanie: ile czasu czekać należy na podanie menu? Odpowiedzi nie otrzymujemy; kelner (za to) zadaje pytanie: a gdzie siedzicie? Otrzymuje odpowiedź. Nadal siedzimy. Z nadzieją, że zjeść się uda. Mija kolejne 10 minut. Nadal nie mamy menu, nadal nikt z obsługi się nami nie interesuje. Jedno z nas idzie zadać powtórnie pytanie, które brzmi: jak długo czeka się na menu? Odpowiedzi (tym razem pani kelnerka) nie udziela. W zamian odburkuje: ci Państwo byli pierwsi (???). Siedzimy jeszcze 5 minut. Nikt z obsługi nie zwraca na nas najmniejszej uwagi. Nie mamy wyjścia - idziemy. Mijamy ludzi, którzy upewniają się, że stolik, od którego wstajemy będzie wolny. Potwierdzamy. I odradzamy informując o tym, co nas spotkało. Innych też będziemy informować, bo siła tkwi w relacji bezpośredniej, no i nigdy jeszcze nie spotkaliśmy się z taką sytuacją. Koń by się uśmiał (gdyby nie było to takie smutne).
Dodam: ruchu dużego nie było, klienci byli, ale nie w nadmiernej liczbie. Szału i nawału pracy kelnerskiej też nie było. Było za to lekceważenie, brak kultury, no i przede wszystkim: brak wyszkolonej obsługi.
Szkoda czasu, szkoda też, bo przez lata miejsce straszyło wyglądem. Teraz jest znacznie lepiej, tyle tylko, że człowieka nie ma kto obsłużyć.