I) Flow Technics – firma w której spędziłem wiele lat, a po niej półtora roku w korporacji, więc wydaje mi się, że realia FT znam od kuchni, a jednocześnie złapałem pewną perspektywę, która umożliwia mi chłodno ocenić poprzednie miejsce pracy.
Do firmy trafiłem od razu po studiach, więc FT zawdzięczam to jak mnie ukształtowała – generalnie szefostwo preferuje osoby młode i dynamiczne, które niczym „gąbka” nasiąkną tak wiedzą, jak i sposobem pracy, ale o tym niżej. Mogę opisać jak sprawy wyglądają po stronie biura. Na produkcji jest inaczej i chłopaki tam – stanowią naprawdę zgrany zespół – mimo, że często narzekają, ale to chyba typowe.
W firmie można się nauczyć naprawdę wiele. Serio – aby być, jako tako, samodzielnym – trzeba przepracować w firmie te 2 lata i jest to więcej niż ogólnie przyjmowana zasada tysiąca godzin. Firma działa na styku branż: mechanicznej, hydraulicznej z coraz większym udziałem automatyki. Po stronie operacyjnej jest wiele aktów prawnych (dyrektywy, ustawy i rozporządzenia) jak i normatywnych. Współpracuje się z różnymi urzędami (UDT, TDT, itp.) i wojskiem, startuje się w przetargach. To wszystko sprawia, że wkładając w pracę trochę wysiłku – można okrzepnąć i nauczyć się „załatwiać sprawy” od początku do końca, tym bardziej, że sama praca ze względu na swoją specyfikę nie jest łatwa.
Patrząc z perspektywy – praca w FT jest niezwykle chaotyczna. Pracuje się „rzutami” gdzie czasem nie dzieje się nic, a czasem jest młyn – terminy gonią, sprawy są załatwiane na ostatnią chwilę, co powoduje, że nadgodzin jest dużo, a stresu jeszcze więcej. W firmie nie ma wprowadzonego żadnego sformalizowanego systemu zarządzania, co implikuje rozmycie odpowiedzialności i masę innych problemów. Ostatecznie cała odpowiedzialność, niezależnie od tego co się dzieje – spada na osobę prowadzącą kontrakt/projekt. System szkoleń leży totalnie – wszystkiego trzeba się właściwie nauczyć samemu, albo od współpracowników. Instrukcje czy procedury na części stanowisk nie istnieją, a po pewnym czasie można się spotkać z pretensjami, że przecież „po przepracowaniu x lat – coś już się powinno wiedzieć” – niezależnie od tego czy się z tym miało styczność czy nie.
Jest to bardzo wygodne dla dyrekcji, ale koniec końców dotyka wszystkich. Poprzez brak procedur i nieformalny system zarządzania – dyrekcja już dawno popadła (totalnie) w mikrozarządzanie i to wręcz w podręcznikowy sposób. Prowadzi to do dużej rotacji pracowników, wypalenia po kilku latach, dużego stresu i presji ze strony dyrektora. Przy ciągłej kontroli pracowników – ci – też nie mają poczucia odpowiedzialności, skoro i tak ktoś wszystko po nich sprawdza i poprawia (niezależnie czy zrobią coś dobrze czy źle). Po kilku latach zamiast się rozwijać – zaczyna się kwestionować własnych umiejętności. Mikrozarządzanie spływa od samej góry i jest praktykowane na każdym szczeblu.
Sytuacji nie poprawia charakter prezesa, który – trzeba uczciwie przyznać – jest człowiekiem renesansu. Potrafi w fascynujący sposób dyskutować na wszelkie tematy od filozofii do mechaniki kwantowej. Technicznie, nie oszukujmy się – jest również wybitny. Co jednak z tego gdy jest człowiekiem egotycznym przekonanym o wszechobecnej niekompetencji wszystkich wokół (włącznie ze swoimi podwładnymi). Dodatkowo jest furiatem, choć i tak w tym temacie jest lepiej niż wiele lat temu.