Postanowiłem się podzielić z Wami moją rekrutacyjną przygodą w SpyroSoft. Całość brzmi tak groteskowo, że aż nierealnie, lecz zapewniam, że nie ma tu cienia koloryzowania.
Otrzymałem SMSem zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. Udałem się na miejsce. Z racji że biuro było tymczasowe (Grabarska) wszedłem bezpośrednio do open space. Zaczepiłem pierwszą lepszą dziewczynę, mówiąc, z kim jestem umówiony (imie i nazwisko rekruterki). Zostałem zaprowadzony do salki, poczęstowany napojem i miałem zaczekać. Po niedługiej chwili do salki przyszedł pan, który oznajmił, że jest z innego projektu, ale zaraz powinna dotrzeć pani rekruterka oraz manager projektu do którego aplikuję. Rozmowa pitu pitu, mija niemal godzina i pan stwierdził, że obie wspomniane osoby chyba jednak nie przyjdą. Poszedł zatem po chłopaka, który miał zweryfikować moje umiejętności (techniczne). Zaczęliśmy rozmawiać, on zadawał pytania mi, ja jemu, fajny chłopak, rozmowa się kleiła. Po pół godziny pan manager (innego) projektu stwierdził, że nie jest już chyba potrzeby i pożegnawszy się wyszedł. Kolejne pół godziny rozmawiałem z chłopakiem o projekcie. W końcu pytam go:
- to jak to teraz będzie, jak rozumiem, Ty masz przekazać feedback nt. moich umiejętności, ale w rozmowie, zdaje sie, że nie uczestniczyła żadna decyzyjna osoba...?
- Tak, ale o szczegóły najlepiej pytać rekruterki.
- OK. A kim był i jak nazywa się ten pan, który wyszedł?
- Nie wiem.
Szczerość kolegi była na swoj sposób urzekająca.
Żadnego kontaktu zwrotnego że strony SpyroSoft już potem nie było. Nie to zeby było mi przykro, bo krótko potem przyjąłem ofertę innej firmy. Cała historia jest dla mnie tak naprawdę zabawną anegdotą, która opowiadam kolegom developerom i w ogóle znajomym.
Moja refleksja z kontaktu ze SpyroSoft jest tylko jedna - jeśli tak samo traktujecie swoich Klientów, to ja radzę się trzymać od was z daleka. Brak profesjonalizmu i pospolite dziadostwo.