Nie przegap nowości o Hurtownie Elektryczne KOPEL Sp. z o.o.!
Otrzymuj powiadomienia o nowych opiniach, ofertach pracy, aktualnościach oraz wywiadach!
Wywiadu udzielił/aZbigniew Srokowski
30.11.2021 15:14
W Pańskim gabinecie uwagę przykuwa imponująca kolekcja figurek słoni. To na szczęście w biznesie?
W pewnym momencie zacząłem zbierać słonie. Mam ich już ponad 150 z różnych stron świata. Każdy z nich kojarzy się z jakąś wyprawą biznesowo - turystyczną. Jednym z najbardziej sentymentalnych jest figurka słonia afrykańskiego z hebanu, z jednego kawałka drewna, którą przywiozłem z wyprawy na Kilimandżaro. Mam też okazy z krajów, w których nie byłem. Trzeba to będzie nadrobić na emeryturze, jeżeli w ogóle kiedyś przestanę pracować.
Z każdym ma Pan skojarzenia? To historia podróży zamknięta w słonikach?
Nie tylko podróży ale także kontaktów biznesowych. Lubię poznawać partnerów biznesowych i cenię sobie relacje. Pandemia wprowadziła zmianę. Świat pędzi coraz szybciej, spotkań face to face jest coraz mniej. Zawładnęła nami elektronika, marketing internetowy, dlatego wzajemne relacje wyglądają inaczej.
Dlaczego branża elektryczna?
Wybór był prosty: z zawodu jestem inżynierem elektrykiem. Ukończyłem Technikum Mechaniczno - Elektryczne w Toruniu, szkołę o wysokim prestiżu i jakości nauczania. Dziś zawodówki nie są już popularnym wyborem, ale wtedy każdy myślał: mam zawód, maturę, średnie wykształcenie i otwartą drogę na studia. W 1978 roku skończyłem Akademię Techniczno - Rolniczą i niewiele brakowało, bym został pracownikiem naukowym, ale sytuacja rodzinna zmusila mnie do zmiany planów. Zaraz po studiach zacząłem pracować. Poszedłem na krótko do Ośrodka badawczo - rozwojowego urządzeń sterowania napędów w Apatorze. Póżniej zostałem głównym automatykiem Metalchemu, by po kilku latach znaleźć zatrudnienie w Opatrunkach jako energetyk.
Cały czas w zawodzie, nabierał Pan doświadczenia...
W pracy spotykałem bardzo mądrych ludzi, takich jak niezapomniany dyrektor Buchhołz z Metalchemu, człowiek niezwykle inteligentny, z dużą klasą, kulturą, czy Jarosław Józefowicz, prezes Toruńskich Zakładów Materiałów Opatrunkowych. To były inspirujące relacje, które procentowały, to był dobry czas dla mojej osoby. Jednak dalszy rozwój wiązałem z własną działalnością gospodarczą, zawsze ciągnęło mnie na swoje.
To wpływ tradycji rodzinnej?
Moi rodzice doświadczyli w życiu różnych przeciwności. Ojciec wpoił mi parę przykazań. Jedno z nich brzmiało: "nigdy nie wydawaj wszystkich pieniędzy, które zarobiłeś, staraj się zawsze coś odłożyć. To podstawa, żeby być kiedyś wolnym człowiekiem". Drugie, które wbiło mi sie w pamięć, to że powinienem sobie sam radzić w życiu, sam stworzyć swoje miejsce pracy.
Jak Pan tego dokonał?
Jako student radziłem sobie bardzo dobrze. W tym czasie pracowałem jako szef jednostki robiącej pomiary elektrotechnicze w ramach studenckiej spółdzielni pracy. Wtedy kupiłem swój pierwszy samochód Fiata 125 p. Jako jedyny stał pod akademikiem. Woziłem nim kolegów do ślubu. Takie były historie. Po studiach wróciłem do Torunia, gdzie miałem przygodę ze spółdzielnią studencką "Małgosia", w której założyłem biznes świadczący przez trzy lata usługi elektrotechiczne. Interes całkiem dobrze prosperował.
Rady ojca wziął Pan sobie do serca...
Korzystałem z jego rad, wiedzy i doświadczeń innych ludzi i z literatury ekonomicznej. Uważam się za człowieka aktywnego, w związku z tym zawsze było mi bliżej do grupy pracodawców i po 10 latach bycia pracobiorcą zacząłem działać na własną rękę. Wraz ze wspólnikiem rozpocząłem produkcję pasów do rozsiewaczy nawozów. Nasza firma stała się jednym z wiodących producentów tego asortymentu w Polsce, a potem przyszła transformacja ustrojowa i pozmieniały się relacje cen.
Jak potoczyły się Pana dalsze losy?
Gdy w 1989 roku Polska weszła w czas gospodarki wolnorynkowej, z miesiąca na miesiąc zmieniły się ceny, surowce zdrożały 4-5-krotnie. Okazało się, że rolnika nie stać na nasze produkty i z dnia na dzień wszystko stanęło. Trzeba się było przekwalifikować i tak zaczęła się przygoda z elektrotechniką. Poupadały przedsiębiorstwa tej branży. Wszystkie miały duże magazyny towarów, więc zająłem się ich wyprzedażą, urynkowieniem cen elektro - części i rotacją zapasów.
To był zalążek hurtowni?
Tak, działałem na rynku hurtowym. Wsiadałem w samochód Avia i jeździłem od jednego do drugiego hurtownika, kupowałem tanio i sprzedawałem z zyskiem, wszystkiego brakowało, tak to wtedy wyglądało.
Tak rodził się kapitalizm.
W taki sposób prowadziłem biznes przez cztery - pięć lat po przemianach. Ceny zmieniały się gwałtownie, inflacja niesamowicie rosła, rynek zachowywał się jak w amoku, ale to był okres, kiedy było można zbudować nową rzeczywistość.
Jak długo budował Pan swoje imperium?
Całe życie. To się buduje krok po kroku. Nic nie powstaje od razu, ale te wszystkie historie mają swój poczatek w 1989 roku. Podstawą jest praca, na początku po 12 - 14 godzin dziennie. Wyjeżdzałem o 4 rano, a wracałem o 10 - 11 w nocy. Tak trzeba było pracować, żeby zarabiać, żeby mieć pieniądze i oczywiście inwestować. Pieniądze zgodnie z ekonomią to jest odłożona praca, substytut pracy. Gromadzony kapitał inwestowałem w tworzenie struktur, które wpływały na wzrost kapitału. I tak "step by step" biznes się rozrastał.
W biznesie zdarzają się okresy wzrostu i i zdarzają się trudne czasy. Czy był taki okres, że chciał Pan odpuścić?
Uważam, że gdy człowiek się zatrzymuje, to przestaje się rozwijać. Życie to rozwój. Nie wszystkie okazje wykorzystałem, z wieloma wiatrami się nie zabrałem. Nie mam do siebie o to żalu, ponieważ myślę, że nie da się wykorzystać wszystkich możliwości, które przynosi nam życie. Rodzice nauczyli mnie ostrożności, bezpieczeństwa, zaczynali dwa razy w życiu od zera, bo zostali wygnani z naszej Polski wschodniej. Jestem nauczony przez nich, że trzeba przede wszystkim zadbać o bezpieczeństwo i nigdy nie można ryzykować ponad miarę. Ja nie jestewm hazardzistą, poziom ryzyka trzeba zawsze kalkulować.
Uważa się Pan za człowieka sukcesu?
Jestem zadowolony z tego, czego dokonałem. Jako firma jesteśmy laureatami wielu ogólnopolskich nagród, rankingów, plebiscytów. Nasz sukces jest dostrzegany z zewnątrz. Po prostu czuję się dobrze. Wykorzystałem swoje szanse i odniosłem sukces.
Nauczył się Pan odpowiedzialności. Co Pan ceni w sobie najbardziej?
Bardzo ważna jest konsekwencja i kreatywność, a także wyobraźnia i planowanie, które pozwalają myśleć do przodu. Nigdy nie organiczam swoich możliwości. Istotne jest też to, że potrafię reinwestować zgromadzony kapitał. Do tej pory mam taką cechę, że wolę budować, niż konsumować. Nie potrzebuję luksusu i nie wiadomo czego. Lubię tworzyć, lubię budować - to moja największa pasja. Jak już mam coś po sobie zostawić, to niech to będzie na przykład... firma.
Panie Zbyszku, a kiedy przyjdzie czas na zasłużoną emeryturę?
Trzy lata temu mając 65 lat dostałem "zielone papiery" - przeszedłem na emeryturę. Cały czas jestem aktywny i pracuję. Oczywiście zmniejszyłem liczbę godzin pracy i trochę inaczej na wszystko patrzę. W moim wieku człowiek nic nie musi. W momencie, kiedy zaczynasz biznes, idziesz po bandzie, zasuwasz, bo tak trzeba. A teraz pracuję, bo lubię, bo chcę! Nie dla pieniędzy, tylko dla przyjemności.
Komu Pan przekaże firmę?
Syn Paweł już ze mną pracuje pełną parą, myślę, że w niedalekiej przyszłości będzie gotowy, by kierować firmą. Córka Agata jest architektem i pracuje nad projektem budynku hurtowni elektrycznych Kopel w Chojnicach, wykorzystując doświadczenie nabyte przy budowie centrum logistycznego DPD w Toruniu. Obecnie moją misją jest przekazanie moim dzieciom najlepszych doświadczeń tak, jak mi je przekazał mój ojciec. Przyszłość jest w ich rękach. Swoją drogą sukcesja jest bardzo ciekawym doświadczeniem. Kapitał ma wartość wtedy, kiedy jest wielopokoleniowy, wówczas kolejna generacja może startować z pozycji wyższego piętra i wspinać się coraz wyżej.
Czego Pan żałuje w życiu?
Niczego nie żałuję. Jeżeli chodzi o sprawy prywatne, to one zawsze cierpią przez biznesowe...
W gabinecie słoniki, w holu dwa odrestaurowane Mercedesy. To hobby?
Jestem synem taksówkarza. Ojciec zajmował się transportem, najpierw konnym, potem przesiadł się na samochody ciężarowe, a na koniec jeździł taksówką. Mając 10 lat, gdy już widziałem zza kierownicy Wołgi, wystawiałem auto z garażu. Prawo jazdy mam od 16 roku życia. Pierwszy samochód podarowany mi przez ojca, Warszawa M20 garbus, rozebrałem na czynniki pierwsze i w garażu sam złożyłem. Za długo mi nie posłużył, ale sentyment do starej motoryzacji pozostał. Takie mam hobby. Jestem właścicielem Peugeota z 1926 roku, dwóch Cadillaców z lat 30., Buicka z roku 1968 i dwóch starych Mercedesów, które można zobaczyć w siedzibie firmy Kopel przy ulicy Polnej 107. Moja kolekcja liczy siedem starych automobili. Każdy z nich ma swoją duszę.
Jakie są zmartwienia biznesmena?
Natura i środowisko nie wybaczą nam niefrasobliwości, z jaką traktujemy kwestie ekologii. Klimat jest coraz bardziej niestabilny. Wyraźnie to widać za naszego życia. To mnie martwi. W aspekcie makroekonomicznym z dużym niepokojem patrzę na kumulację kapitałów. W tej chwili na świecie 1% ludzi ma tyle samo kapitału, co pozostałe 99%. I ta krzywa rośnie w galopującym tempie. To głównie na nich - na tym jednym procencie - spoczywa odpowiedzialność za środowisko naturalne i jego stan dla przyszłych pokoleń.
Wywiad ukazał się w "Strefie Biznesu" (listopad - grudzień 2021)