Jak przegrałem z samym sobą
Przez lata uważałem, że problem jest wszędzie dookoła, tylko nie we mnie. Dopiero po utracie pracy zaczynam rozumieć, że wiele rzeczy było konsekwencją moich własnych decyzji.
Przyszedłem do firmy jako człowiek z problemami, ale dostałem szansę, czas i zaufanie. Przez pierwsze lata potrafiłem to wykorzystać. Pracowałem dobrze, miałem wiedzę, byłem potrzebny. Problem zaczął się wtedy, kiedy pomyliłem doświadczenie z niezastąpionością.
Z czasem zamiast być przykładem dla innych, zacząłem bronić swojej pozycji. Nowych ludzi traktowałem nie jako pomoc, ale jako zagrożenie. Nie chciałem ich uczyć, bo bałem się, że ktoś odbierze mi to, na czym oparłem swoją wartość.
Nie zauważyłem, że firma idzie do przodu, a ja stoję w miejscu.
Zamiast przyznać, że moja wydajność spada, szukałem winnych na zewnątrz: w pomocnikach, kierownikach, organizacji, maszynach i innych ludziach. Przestałem wymagać od siebie tyle, ile kiedyś.
Miałem system, w którym mogłem więcej zarobić dzięki większej efektywności. Jeżeli robiłem więcej — mogłem zarobić więcej. Zamiast potraktować to jako szansę, zacząłem patrzeć na wszystko przez pryzmat tego, co mi się należy. Chciałem lepszych warunków, ale nie dawałem w zamian lepszych efektów.
Najtrudniej przyznać, że przez lata zaniedbałem nie tylko pracę, ale też siebie. Nie dbałem o zdrowie. Alkohol stał się częścią mojego życia w sposób, którego nie chciałem nazwać. Zamiast rozwiązywać problemy, uciekałem od nich. Stałem się bardziej nerwowy, zamknięty i przekonany o własnej racji.
Przez lata miałem stabilną pracę i pomoc, której wielu ludzi nie dostaje. Miałem możliwość uporządkowania życia, finansów i spraw rodzinnych. Nie zrobiłem tego. Odkładałem trudne rzeczy na później, a później zamieniło się w lata.
Największy błąd polegał na tym, że ciągle myślałem, że jeszcze mam czas. Że zawsze będę potrzebny. Że doświadczenie wystarczy.
Ale świat się zmienia. Firmy się zmieniają. Ludzie się uczą. Technologia idzie do przodu. Nie można przez całe życie opierać się tylko na tym, że kiedyś było się dobrym.
Dzisiaj rozumiem, że utrata pracy nie była jedną decyzją jednego dnia. To był wynik wielu małych decyzji podejmowanych przez lata — kiedy wybierałem wygodę zamiast zmiany i szukałem winy gdzie indziej zamiast zapytać: co ja mogę zrobić lepiej?
Chcę też przeprosić za hejt i słowa, które padły po moim odejściu. Były wyrazem złości, frustracji i braku umiejętności przyjęcia odpowiedzialności za własną sytuację. Zamiast uczciwie spojrzeć na siebie, łatwiej było zaatakować innych.
Jeżeli ktoś jest dziś w podobnym miejscu — ma stabilną pracę, ludzi, którzy dają mu szansę, ale czuje, że wszystko mu się należy — niech uważa.
Najłatwiej stracić coś, co wydaje się pewne. Najtrudniej zobaczyć moment, kiedy problemem przestaje być świat dookoła, a zaczynają być własne decyzje.
K.