Pracowałem z dziewczyną w tej firmie trzy miesiące. Potwierdzam większość negatywnych opinii.
Mieszkanie - 80e za tydzień, brak Internetu, brak telewizji, przeważnie dwunastoosobowe "domki", pokoiki w których ledwo mieszczą się łóżka, oddzielone od siebie dyktą - w nocy można delektować się chrapaniem mieszkańca zakwaterowanego kilka pokoi dalej. :) Nie ma mowy o prywatności.
Dowóz do pracy - z naszej perspektywy to wielka zagadka dla organizatorów tej atrakcji. Przyjazd przed pracą, nawet dwugodzinny, oczekiwanie na transport po pracy - nawet trzygodzinny. Rano pod punkt zbiorczy podjeżdża wyznaczony kierowca, zazwyczaj punktualnie, chyba że zaśpi i trzeba go budzić, ustali swoją trasę, co za tym idzie - zmieni godzinę przyjazdu i nie poinformuje o tym, bądź biuro zapomni poinformować o odwołaniu danego kursu. ;) Kierowcami są zwykli pracownicy, dostają służbowe samochodziki bądź eksploatują swoje - według uznania. Dowożą pod halę - często zdarza się, że pod danym miejscem pracy wysiada tylko jedna osoba - nowi pracownicy, jak na dzielnych emigrantów przystało, muszą pamiętać o zaciągnięciu języka, bo w innym przypadku zostawiani są jak sierotki - samym sobie. Po pracy (a raczej na koniec pracy - po zazwyczaj trzech lub czterech zmianach hali) trzeba udać się na główną kantynę (najlepiej za tłumem), by tam walczyć o miejsce w samochodzie gwarantujące niekiedy nie tylko powrót do mieszkania - także godzinną wycieczkę po innych miejscowościach (oczywiście w celu rozwiezienia innych pracowników). Brak szacunku do czasu pracownika. Dla jasności - oczekiwanie na transport czy też przejście/przejazd z jednej hali na drugą są dla tego pracodawcy bezcenne, czyli pracownik nie dostaje wynagrodzenia za taką, a nie inną organizację jego czasu (pracy ?), a dokładnie jego marnotrawienie.
Praca - Wieczorem dostaje się tzw. planning. Przeważnie do godziny 20:30. Jest to mail bądź sms z informacją o miejscu jutrzejszej pracy, godziną jej rozpoczęcia, personaliami kierowcy oraz czasem i miejscem odjazdu. Często, a nawet bardzo często dostaje się wiadomość z dopiskiem NITD - oznacza to, że dnia jutrzejszego należy czekać na telefon od kierowcy o ewentualnym wyjeździe do pracy, obowiązek dostępności i gotowości zebrania się w dziesięć minut do godziny 13.
Biuro nie zapewnia pracy. Zdarzają się tygodnie, w których czeka się w mieszkaniu (pokornie i z nadzieją) na telefon cztery dni pod rząd. Rezultat jest taki, że po przepracowaniu SIEDMIU GODZIN W TYGODNIU dostaje się ujemny solaris. Jak się można domyślać - minus jest spory. Obiecują nadejście "sezonu", jednak przed świętami na większą ilości godzin mogą liczyć jedynie pracownicy z długim stażem. Może nie wszyscy wiedzą, że oczywiście taka taktyka jest bardzo korzystna dla polityki firmy - za zatrudnienie jednej osoby dostają spore europejskie dofinansowanie, więc problemem dla nich byłby brak rotacji w ich firmie, a czymś ją muszą przecież spowodować. :)
Praca odbywa się na różnych halach. Z własnej autopsji wiem, że miejsce mają przypadki, gdzie jest się dwie minuty na jednej hali, tylko po to żeby zostać wysłanym na inną. Tak jak wspominałem - ta "wycieczka" nie jest wliczana do czasu pracy. Uczestniczyłem też osobiście w sytuacji, kiedy brygadzista wskazał osoby do zmiany hali, w międzyczasie zadzwonił żeby jechać na inną, po czym, kiedy byliśmy na miejscu dał znać, że wysiadają jednak dwie osoby, a reszta wraca na halę, z której wyruszyliśmy. Godzina w plecy - zabawa czasem pracowników. Zmiana hali najczęściej trzy, cztery razy dziennie.
...a w pracy... wszyscy zastraszeni. Śmiesznie brzmi, ale nie jest do śmiechu kiedy każdy (Polak) każdego (Polaka) pośpiesza, zaznaczając epitetami z łaciny swoje miejsce bytu. Na każdej hali oprócz Holendra jest tzw. brygadzista - Polak o daszek czapki wyżej od innych, dopełniający słuszność powiedzenia "wyżej sr*a, niż dupk*ę ma". Nikt nie ma pojęcia o tym co robi. Panie z Cool Control 1 - są dwie, nawet kiedy pracownicy stoją za jednym stołem. Jedna przechodząc wyjmie mango z A na B, po dwóch sekundach druga to samo mango z B odłoży do A. Nikt nie jest chętny do tłumaczenia. Na początku myśleliśmy, że to taka kultura emigrantów, ale tam jest taki chaos, mętlik, stres i nerwy, że nikt nie wie tak naprawdę jak ma daną czynność wykonywać, a co dopiero nauczyć tego w poprawny sposób nową osobę. Dopiero po pewnym czasie SAMEMU zaczyna się kojarzyć dostawców i ich wymagania - avocado, które dla jednego będzie sortem A, dla drugiego zakwalifikuje się już do B.
Miałem też raz przyjemność stać przy chłopaku, do którego ni stąd, ni zowąd podeszła kobieta mówiąc do niego "o Jezu, idzie Ci beznadziejnie, tragedia, masakra, jak Ty układasz te limonki. Jesteś pierwszy raz? Chłopak odpowiada, że pracuje tu pół roku, a po chwili Natalia macha do niej ręką, że to tam powinna podejść - wskazując innego mężczyznę. Kobieta podchodzi do wyznaczonej osoby r