Jestem klientem sklepu Somianka w Brańszczyku od wielu lat. Przyjeżdżałem tutaj regularnie z rodziną jeszcze w czasach, kiedy ten sklep naprawdę miał swój poziom. Pamiętam starą ekipę pracowników, pamiętam dobrą atmosferę, porządek i zwykłą ludzką życzliwość. Dlatego piszę tę opinię z ogromnym rozczarowaniem, złością, ale też zwyczajnym smutkiem, bo mam wrażenie, że od czasu zmian w kierownictwie ten sklep po prostu zaczął się staczać.
To nie jest opinia po jednej nieudanej wizycie. To są obserwacje człowieka, który przez lata robił tutaj zakupy, znał pracowników z widzenia i widział, jak to miejsce zmieniało się na gorsze praktycznie z miesiąca na miesiąc.
Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, jest ogromna rotacja pracowników. Ludzie odchodzą tak często, że jako stały klient przestałem już zapamiętywać nowe twarze. W krótkim czasie potrafi zniknąć kilka osób, pojawiają się nowe, po czym za chwilę również ich już nie ma. Trudno nie zadać sobie pytania, co musi się dziać w miejscu, z którego ludzie odchodzą tak szybko.
Największym problemem wydaje się jednak sposób zarządzania tym sklepem. Z perspektywy klienta często odnosiłem wrażenie, że kierownictwo jest kompletnie oderwane od tego, co dzieje się na sklepie. Niejednokrotnie widziałem sytuacje, w których pracownik działu mięsnego musiał zostawiać swoje stanowisko i biec na kasę obsługiwać klientów, po czym wracał do swoich obowiązków, tylko po to, żeby za chwilę znowu zostać wezwanym. I tak w kółko. Jednocześnie zdarzało mi się widzieć osoby z kierownictwa zajęte telefonem, dokumentami czy rozmowami. Jako klient naprawdę trudno było wtedy nie odnieść wrażenia, że coś tutaj jest bardzo źle zorganizowane.
Mam również wrażenie, że niektórzy pracownicy nie otrzymują wystarczającego wsparcia i przygotowania. Pamiętam sytuację, kiedy zapytałem jednego z pracowników o konkretny produkt. Odpowiedział mi: “Nie wiem, zaraz się zapytam”. Poszedł do innej pracownicy, a ona również nie znała odpowiedzi. Nie mam pretensji do samych pracowników, bo każdy kiedyś zaczynał, ale jako klient zacząłem się zastanawiać, czy osoby trafiające na sklep są odpowiednio wdrażane i szkolone.
Na sklepie coraz częściej panuje zwyczajny chaos. Ceny potrafią się nie zgadzać albo ich brakuje, produktów ciężko szukać, a przejścia bywają zastawione wózkami z towarem do tego stopnia, że momentami trudno swobodnie przejść. Niejednokrotnie miałem wrażenie, że na zmianie pracuje po prostu za mało osób, żeby taki sklep mógł funkcjonować na poziomie, którego klient ma prawo oczekiwać.
Najbardziej szkoda mi jednak samych pracowników. Przez lata poznałem wiele osób pracujących w tym sklepie i w większości są to naprawdę sympatyczni, pomocni i życzliwi ludzie. Nigdy nie miałem poczucia, że problem leży po ich stronie. Wręcz przeciwnie. Patrząc na nich przez ostatnie lata, mam wrażenie, że obserwuję, jak z ludzi stopniowo uchodzi energia, motywacja i zwyczajna chęć do życia. Osoby, które kiedyś były uśmiechnięte, żartowały z klientami i tworzyły przyjazną atmosferę, dziś często wyglądają na przemęczone, przygaszone i zwyczajnie wypalone. Coraz rzadziej widać uśmiech, a coraz częściej zmęczenie, frustrację i rezygnację. I szczerze mówiąc, jako wieloletniemu klientowi jest mi po prostu przykro na to patrzeć.
Atmosfera panująca w sklepie również pozostawia wiele do życzenia. Wielokrotnie podczas zakupów słyszałem nerwowe rozmowy, kłótnie oraz wulgarne odzywki pomiędzy pracownikami, szczególnie podczas zmian wieczornych i weekendów. Dodatkowo zdarzało mi się słyszeć rozmowy dotyczące problemów organizacyjnych i kadrowych. I tutaj naprawdę mam pytanie: czy takie rozmowy nie powinny odbywać się za zamkniętymi drzwiami, a nie przy klientach robiących zakupy?
Kolejną sprawą jest jakość i organizacja sprzedaży. Kilka razy kupiłem mięso, które po otwarciu miało tak nieprzyjemny zapach, że nadawało się wyłącznie do wyrzucenia. Zdarzyło mi się również kupić jogurt po terminie przydatności. Co więcej, wielokrotnie zwracałem uwagę na wygląd stoiska mięsnego. Zdarzało się, że na ladach widoczne były ślady krwi oraz fragmenty mięsa. Niezależnie od ilości pracy i liczby klientów, takie rzeczy po prostu nie powinny mieć miejsca.
Były również sytuacje, które wręcz mnie zaskakiwały. Chcąc kupić dziecku zabawkę, byłem świadkiem sytuacji, w której trzeba było wołać kolejne osoby, ponieważ nikt nie wiedział, jaki kod należy nabić na kasę. Zdarzało się również, że przy kasie pieczywo czy warzywa były nabijane jako inne produkty niż te, które faktycznie brałem. Nie robiłem z tego awantur, bo każdemu może zdarzyć się pomyłka, ale po pewnym czasie zacząłem się zastanawiać, ile razy zapłaciłem za dużo, a ile razy za mało.
Najbardziej boli mnie jednak to, że pamiętam ten sklep z zupełnie innych czasów. Kiedyś przyjeżdżało się tutaj z rodziną z przyjemnością. Znało się pracowników, panowała normalna atmosfera i człowiek wychodził z zakupów zadowolony. Dzisiaj coraz częściej wolę wsiąść w samochód i pojechać kilka kilo