Pracownik04.04.2011 04:06
Inne
Wspaniali, fachowi, wspierający się nawzajem pracownicy. I to właściwie wszystko, co da się pozytywnego powiedzieć o tej placówce. Właścicielka-szefowa jest podręcznikowym przykładem tego, jaki kierownik być nie powinien. Zero kultury, elementarnego szacunku wobec podwładnych, karczemne awantury o byle głupstwo, traktowanie pracowników jak służby i popychadeł, zatrudnianie krewnych na lepszych warunkach, przetrzymywanie nieodpłatnie po godzinach, ściąganie do pracy w urlop, zresztą wydzielany po parę dni i z opóźnieniem, w terminach dogodnych dla kierowniczki, a niekoniecznie dla zainteresowanych, zatrudnianie w nieskończoność na tzw. "umowy śmieciowe" (zlecenia), wpychanie pracownikom przeterminowanego towaru do sprzedaży jako pełnowartościowego, albo zmuszanie ich do płacenia jego równowartości w przypadku, gdy się nie sprzeda przed upływem daty ważności, niezapewnianie środków czystości, w oczekiwaniu, że pracownicy w rozpaczy sami je sobie (tzn. sklepowi) kupią za ich własne pieniądze, opieszałość, albo w ogóle ignorowanie psującego się, zdezelowanego sprzętu (w tym regałów chłodniczych z nabiałem! - podejście do kosztów napraw, j/w), brak szerszego pojęcia o tym, jak "pomysły racjonalizatorskie" (w stylu ograniczenia sprzedaży papierosów i alkoholu do tylko jednej z dwóch kas PLUS obciążenie kasjerów każdorazowym zapisywaniem sprzedanych sztuk długopisikiem do zeszycików) wpływają na płynność i szybkość obsługi niecierpliwiących się i - w efekcie rezygnujących z zakupów - klientów oraz na malejące i tak przychody sklepu. Pomijając osobę szefowej, w otoczeniu pracy występuje też przykra kwestia w postaci syna tejże, dorosłego ponoć mężczyzny, który swoimi zachowaniami, permanentnym donoszeniem matce na co popadnie, ustawicznym plątaniem się pod nogami, wyjadaniem po kryjomu (przynajmniej tak mu się wydaje) towaru i zostawianiem po sobie brudnej (delikatnie mówiąc) toalety nie wnosi nic do sklepu a jedynie zatruwa dodatkowo życie pracownikom, którzy i tak codziennie, kosztem zszarpanych nerwów, muszą borykać się z rozmaitymi patologiami, reprezentowanymi przez gro klientów nawiedzających ów nieszczęsny sklep. A wszystko to przy miłej (?) asyście pani księgowej, bardziej zainteresowanej tym, co by tu dziś uszczknąć na śniadanie, niż tym, by na czas dostarczyć nam zaświadczenia o odprowadzaniu składek na ubezpieczenie, nie mówiąc o ogarnięciu ogółu obowiązków przypisanych jej stanowisku, których część w efekcie spada na i tak ledwo już żywą najstarszą stażem pracowniczkę, która nic z tytułu tego dodatkowego obciążania nie dostaje.
Reasumując ten i tak wielki skrót tego, co się dzieje w sklepie Alpejskim radzę z serca - omijajcie to miejsce szerokim łukiem, czy jesteście potencjalnymi klientami czy pracownikami. W jednym przypadku możecie ulec poważnemu zatruciu pokarmowemu, a w drugim skończyć na leczeniu z wrzodami albo nerwicą.