Część 1:
Zanim zacznę, chciałabym uprzedzić ewentualną krytykę pod tym kątem, że wyczerpałam albo chociaż próbowałam wykorzystać inne drogi komunikacji w ramach kierownictwa oraz HR-u firmy. No i niestety skutków nie widać, a jeżeli już są to raczej odbite w moją stronę - za sam fakt próby zwrócenia uwagi na ewentualne problemy. W większości osoby zatrudnione w firmie nie rozumieją pojęcia "konstruktywnej krytyki", odbierając każdą, nawet drobną uwagę jako zarzut i cios wymierzony w ich stronę, za który trzeba dwa razy mocniej oddać. A szkoda, bo mam wrażenie, że w nie każdym postępowaniu jest premedytacja - w znacznej większości zwyczajna niewiedza, albo niedostateczna uwaga poświęcana pewnym elementom. Poza tym, jeżeli nie przyjmuje się ich do wiadomości, to tym bardziej nic z tym się nie zrobi. Otwarte dogadanie się w wielu kwestiach w firmie jest niemożliwe, no chyba, że przytakniesz. Muszę w tym miejscu również podkreślić, że dużo mnie te sytuacje psychicznie kosztują i niestety są kontynuowane i powielane przez innych.
Warunki w pracy są na pierwszy rzut oka miłe i przyjazne, jednak już na wstępie dowiedziałam się, że z firmy, to się zwolniło kiedyś kobietę, za sam fakt rozpoczęcia maila do swoich kolegów z pracy, wyrażeniem "Cześć chłopaki", bo nie wyraziła cytuję: "DOSTATECZNEGO SZACUNKU NALEŻNEGO MĘŻCZYZNOM". Muszę przyznać, że sama po kilkukrotnym wysłuchaniu tej historii bałam się nawet odezwać do poniektórych Panów, zastanawiając się, w jaki sposób wyrazić "DOSTATECZNY NALEŻYTY SZACUNEK". Chyba do dzisiaj mam tak, że wchodząc do pracy mocno się pilnuje w doborze słów, a jak już usiądę przy biurku i nie bardzo pamiętam dokładny szyk użytych przeze mnie wyrazów na dzień dobry, zastanawiam się, czy zwolni się mnie do przerwy, czy już po.
Spotkałam się jeszcze z jednym dość znaczącym faktem w przypadku tego typu relacji "damsko-męskich" w gronie inżynierów, kiedy to usłyszałam, że jako że jestem kobietą, głównym powodem do zatrudnienia mnie w firmie, było, to "żeby Panowie przestali przeklinać w biurze". Muszę przyznać, że wybierając branże liczyłam się z różnym podejściem Panów, ale, że ktoś stwierdzi, że 5 lat studiów, parę lat doświadczenia zawodowego, nie ma znaczenia, a jedynie względy rzucenia paru wyrazów na "K" itp. w pracy będą się liczyć - zabolał mocno. Trzeba jednak przyznać, że jeżeli kierownictwu faktycznie o to chodziło, to efekt osiągnęło.
Do pracy byłam przyjęta mniej więcej równolegle z innymi Panami, którzy byli tuż po studiach. Oni generalnie niemalże na starcie otrzymywali mniej lub bardziej samodzielne projekty. Ja mimo uprzedniego doświadczenia zawodowego, gdzie dobrze sobie radziłam i byłam chwalona, zawsze musiałam i muszę się prosić o coś bardziej samodzielnego. Jeżeli już to raczej trafiam "pod ramiona starszego inżyniera" i niestety jestem w tym schemacie osamotniona. W takich sytuacjach trafiają się Panowie, którzy po wykonanej pracy szukają błędów "na siłę", łącznie z wymyślaniem nowych norm lub błędów - nawet z wpisywaniem błędnych w stosunku do norm uwag, bo "ja tak chcę i tak ma być". Zdarzało się, że taki delikwent tylko stawiał mi czerwone kreski na rysunku, byle było je widać z daleka, a niczego za sobą nie niosły – no może poza niezliczonymi poprawkami i wydłużaniem pracy w nieskończoność. Po zwróceniu mu uwagi przez kierownika i mnie, stwierdzał, że DOBRZE wykonane przeze mnie prace, są złe, a jedynie on ma odwagę mówić mi prawdę, bo "inni, to nie chcą mi sprawić przykrości". (Dodam chyba rzecz oczywistą, że gdyby faktycznie tak było, to już dawno bym tam nie pracowała.) Staram i starałam się w takich sytuacjach stawiać granice i nie pozwalać na takie traktowanie mnie, jednak jest to raczej odbierane jako "sprawianie przeze mnie problemów", bo mężczyzna, to może powiedzieć i zrobić wszystko, a ja mam się na to zwyczajnie zgodzić i jeszcze uśmiechnąć. Kiedy poinformowałam o tego typu sytuacjach mojego byłego już kierownika otrzymałam odpowiedź, że takich sytuacji już nie będzie, po czym parę miesięcy później powiedziano mi, że mam zostać przeniesiona do innego działu. Powodem był fakt, że nie mogłam się dogadać z wspomnianym wcześniej Panem, który mnie tak traktował. Odebrałam to jako karę za to, że nie pozwalam zaniżać mojej wartości nawet w moich własnych oczach. Wtedy zrozumiałam, że rozmowa z kimkolwiek o tego typu problemach nie wniesie żadnego rezultatu, no chyba, że niekorzystny względem mnie. Sama musiałam ubiegać się względem wyższego kierownictwa o niewymierzanie mi de facto kary (w sumie, to za to, że nie chciałam być niesłusznie poniżana) mimo, że HR był dobrze poinformowany o sytuacji. Tym sposobem nauczono mnie, że o problemach się nie mówi, bo jak powiesz, to nikt ich nie rozwiąże, a jeszcze Cię ukarzą za sam fakt odezwania się. Proste: problemów nie ma, jeśli się o nich nie mówi, a jeśli się już odważysz powiedzieć, to problem masz Ty sama.