Drogi pamiętniczku, stary przyjacielu...
Zgadza się dziś kolejny rozdział tej kosmicznej farsy zwanej robotą. Pamiętasz, jak na początku obiecywali cuda na kiju? Benefity, opiekę, rozwój i inne bajki jak z taniej broszury? No to trzymaj się krzesła — załatwili nam Medicowera. Tak, tego mitycznego stwora, co niby ma leczyć wszystko… tylko że za własne pieniądze. W całości. Bez dopłat. Bez wstydu. Jakby ktoś dał ci parasol, ale najpierw kazał zapłacić za deszcz.
Obowiązków przybywa szybciej niż meteorytów w pasie asteroid. Każdy dzień to nowe zadania, nowe wymagania, nowe „zrób to”, ale jak zapytasz jak, to nagle cisza. Taka głucha, że aż dzwoni w uszach. Bo tutaj, pamiętniczku, pytań się nie zadaje. Tu się zgaduje. A jak zgadniesz źle — no cóż, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że „to było oczywiste”.
Ciuchy BHP? Panie… szkoda strzępić ryja. Materiał taki, że jak zawieje, to masz klimatyzację gratis. Krój jakby ktoś szył na oko, po ciemku i jedną ręką. Człowiek wygląda w tym jak statysta z najgorszego możliwego planu filmowego. Jeszcze chwila i zacznę się zastanawiać, czy to ochrona, czy kara.
A benefity? Jest jeden. Parking. Dumnie brzmi, co nie? Tylko że… nie ich. Ale jest! Można parkować. Jak się zmieścisz. Jak znajdziesz miejsce. Jak los będzie łaskawy. Czyli generalnie — luksus pełną gębą.
Kończę, bo znowu ktoś idzie i trzeba przybrać minę człowieka, który wie, co robi. A jak nie wie — to przynajmniej dobrze udaje.
Do jutra, pamiętniczku… o ile system nas wszystkich wcześniej nie wypluje w próżnię