Dyrektor tej firmy to taki rzadki okaz w świecie korporacyjnych smoków – człowiek, do którego nie da się przyczepić, nawet jakby ktoś bardzo chciał. Miły, pomocny, rozwiązuje konflikty z taką lekkością, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy on przypadkiem nie ma jakiegoś ukrytego dyplomu z psychologii stosunkowej. Uśmiechnięty, spokojny – po prostu „człowiek plasterek”. Atmosfera zdrowa, wręcz przyjemna… ale tylko do momentu, gdy na horyzoncie pojawia się Prezes Zarządu.
I wtedy zaczyna się teatr. Dyrektor – ławka rezerwowych. Na scenę wkracza Prezes, cały na biało, ale zamiast rycerskiej zbroi – walizka pełna pomysłów z kategorii „zróbmy rewolucję, bo czemu nie?”. Zero rozeznania w tym, co naprawdę działa w firmie, za to pełno zmian: dziś jeden target, jutro drugi, pojutrze robimy coś kompletnie innego. Klienci? Branża? Standardy? A po co to komu! Najważniejsze, żeby było widać, że się dzieje.
Efekt? No cóż… delikatnie mówiąc – dramat w trzech aktach. Firma mogłaby rosnąć jak na drożdżach, gdyby Dyrektorowi pozwolić naprawdę kierować, zamiast kazać mu grać rolę statysty w spektaklu „Prezes wie lepiej”. Szczerze mówiąc, rozwiązanie narzuca się samo: zamienić miejscami Dyrektora i Prezesa. Ten pierwszy ogarnąłby stery z klasą, a ten drugi… cóż, może wreszcie nauczyłby się, jak wygląda codzienność poza sceną.