Piszę tę opinię z perspektywy osoby, która przez jakiś czas odpowiadała za organizację pracy zespołu w krakowskiej centrali i miała okazję przyjrzeć się „od kuchni”, jak wygląda tu podejmowanie decyzji. Przystępując do pracy w centrali aptek, człowiek spodziewa się jakichś nowoczesnych standardów, a zastał powrót do głębokiego PRLu. Płaca może i wpadała na czas, ale to, co się tam wyrabia, przechodzi wszelkie pojęcie. W firmie brak jakichkolwiek procedur czy profesjonalnego wdrożenia, a chaos organizacyjny jest tak ogromny, że egzekwowanie jakichkolwiek wyników graniczy z cudem. Co z tego, że próbuje się układać grafik czy planować zadania, skoro cała kultura firmy sprowadza się do tolerowania absurdów – z bezkarnym paleniem papierosów przez syna właściciela bezpośrednio przy biurku na czele. Gdy góra uważa, że wolno jej truć własnych pracowników w zamkniętym budynku, trudno w ogóle mówić o jakimkolwiek profesjonalizmie.
Paniom dyrektorkom wydaje się, że pozjadały wszystkie rozumy, chociaż mam nieodparte wrażenie, że kompletnie nie rozumieją raportów i wykresów, które trafiają do nich na biurka. Zamiast usiąść przed komputerem jak na XXI wiek przystało, każą drukować całe ryzy papieru z tabelkami z Excela, bo tak im wygodniej. Cała ta słynna „analiza” w Aptece Słonecznej to nic innego jak 8 godzin bezmyślnego przeklejania cyferek z jednego pliku do drugiego i kolorowanie komórek na żółto czy zielono, żeby tylko stwarzać pozory intensywnej pracy. Najgorsze, że ten cały papierowy absurd trzeba realizować w atmosferze gęstej od dymu tytoniowego. Młody panicz snuje się po korytarzach z papierosem, a zdezorientowani pracownicy musowo wdychają te opary, przeklejając bezsensowne dane z pliku do pliku, żeby tylko zaspokoić zachcianki dyrekcji.
Co chwilę wymyśla się nowe zasady „na już” i wdraża je w absolutnie zastraszającym stylu, po czym za tydzień następuje gwałtowny zwrot akcji, zmiana decyzji i wraca się do starego sposobu, udając, że nic się nie stało. W takich warunkach nie da się niczego sensownie zaplanować ani zbudować zespołu. Każda próba rozmowy czy wprowadzenia jakiejś optymalizacji rozbija się o ścianę ignorancji i spychologii. Ta atmosfera chaosu jest dodatkowo podsycana przez skandaliczne warunki sanitarne – zamiast ukarać synalka prezesa za złamanie podstawowych przepisów, wpadli na na genialny pomysł rozstawienia po korytarzach dziesiątek tanich odświeżaczy powietrza. W efekcie w biurze panuje potworny, chemiczny smród zmieszany z dymem z papierosów, od którego po paru godzinach po prostu pęka głowa.
Zespół milczy i wzdycha po kątach, bo nikt nie ma odważyć się zwrócić uwagi młodemu właścicielowi, nawet gdy w tym dymie i smrodzie całymi dniami muszą przebywać kobiety w ciąży czy osoby mające przewlekłe problemy z płucami. To pokazuje prawdziwy stosunek góry do człowieka – zero szacunku, zero empatii, liczy się tylko wygoda i bezkarność wybranek oraz rodziny prezesa. Omijać to miejsce szerokim łukiem. Szkoda nerwów, czasu i płuc.