Moje doświadczenie z K. M, wcześniej Mizielińską-Witkowską, oceniam bardzo negatywnie. K.M została dwukrotnie ukarana naganą przez Sąd Koleżeński za naruszenie zasad etyki zawodowej, w tym min za publiczne diagnozowanie mnie w odpowiedzi na moją opinię na portalu ZL. W orzeczeniu wskazano także naruszenie zasad ogólnych dot. rzetelnej i uczciwej pracy oraz szacunku do pacjenta. Stwierdzono też naruszenie zasad dotyczących relacji pom psychoterapeuta a pacjentem.
Dalej: po moim zgłoszeniu - zgłosiłam część pozytywnych opinii na profilu K.M. — portal ZnanyLekarz poinformował mnie, że po weryfikacji usunięto z jej profilu opinie, które zostały uznane za niewiarygodne. Zwracam uwagę, że przy tych opiniach wcześniej widniała informacja sugerująca weryfikację wizyty. Oczywiście nie jest moją rolą rozstrzyganie tego, natomiast miałam wątpliwości, a ta sytuacja wzbudza je tym bardziej co do wiarygodności prezentowanego obrazu jej pracy na portalu.
Najwięcej zastrzeżeń mam do tzw. „szarej strefy”. Przytoczę tylko część sytuacji - po to, aby nie opierać opinii tylko na ogólnym wrażeniu. Żałuję, że nie byłam w stanie jeszcze bardziej rzeczowo przedstawić tego komisji.
Z mojej perspektywy wiele zachowań, które były dla mnie najbardziej obciążające, nie polegało na jednym zdaniu, ale na powtarzalnym sposobie pracy: narzucaniu interpretacji, nieuwzględnianiu mojej perspektywy, szybkim wyciąganiu daleko idących wniosków i traktowaniu mojego sprzeciwu tak, jakby sam w sobie potwierdzał jej założenia — dużo gotowej narracji i brak otwartości na perspektywę.
Dużo miejsca zajmowały moje relacje. W mojej ocenie terapeutka wyciągała bardzo szybkie, daleko idące, brzmiące wnikliwie i krzywdzące wnioski na podstawie skrajnie niepełnej wiedzy. Mam poczucie, że każda relacja lub kontakt z jakimkolwiek mężczyzną były przez nią traktowane jako materiał do interpretacji mojego ogólnego funkcjonowania w związku, bez wcześniejszego zbadania kontekstu relacji — dużo założeń i z tych założeń kolejne założenia.
Nie przypominam sobie, aby temat był badany wystarczająco wnikliwie, aż w końcu K.M. doszła do wniosku, że problemem — oprócz pogardy i innych tego typu rzeczy — jest to, że nie chcę się angażować, m.in. w relacje, które ona z góry założyła, że miały charakter romantyczny, a w moim odczuciu nigdy takiego charakteru nie miały. Te teorie nie znalazły potwierdzenia w moim życiu ani w solidnej diagnozie. Chodzi tutaj o błąd wnioskowania i brak zrozumienia kontekstu, przez który przez długi czas miałam błędny obraz swojej osoby oraz poczucie bycia „uszkodzoną”.
Miałam również wrażenie, że K.M. reagowała obronnie, emocjonalnie, gdy zadawałam pytania albo próbowałam doprecyzować jej wypowiedzi. Zdarzało się, że moje pytania były odbierane w sposób, którego zupełnie nie rozumiałam, np. jako próba wybadania jej życia prywatnego. Oczywiście nie będę sugerować swoich podejrzeń co do tych reakcji.
W moim odczuciu ten schemat był widoczny zarówno podczas spotkań, jak i później, np. w diagnozowaniu publicznym — w trzymaniu się swojej narracji, dopasowywaniu faktów do swoich założeń i w braku refleksji. Informowałam terapeutkę o tym, jaki wpływ mają na mnie jej słowa i ich formułowanie, ale miałam wrażenie, że mottem tej terapii było: „to nie ja robię coś źle, to pani ma ze sobą problem”. Padały też sformułowania typu: „pani pogodzić się nie może”. Odbierałam to jako przesuwanie odpowiedzialności na pacjenta.
Dodatkowo mam zastrzeżenia co do formułowania wobec mnie ocen i sugestii o charakterze medycznym. Miałam wrażenie, że K.M. przypisywała sobie kompetencje większe niż lekarze, widziała problem lub przewlekłość tam, gdzie lekarz po dłuższej analizie tego nie potwierdził.
Skutki terapii były duże. Nigdy wcześniej ani później nie miałam tak silnych epizodów lękowych. W trakcie i po terapii lęk był tak nasilony, że musiałam przez jakiś czas wspomóc się farmakoterapią.
Terapię zakończyłam. Wizja drogich wizyt (sugerowała spotkania dwa razy w tyg) na rozwiązywanie problemów niepotwierdzonych przez życie i innych specjalistów wydaje mi się abstrakcyjna.