Nie każda firma traci klientów przez rynek. Niektóre skutecznie zniechęcają ich do siebie same. Są miejsca pracy, w których największym problemem jest wysokość wynagrodzenia. Są też takie, w których problemem jest atmosfera. Tutaj największym problemem był sposób zarządzania. Już od pierwszych dni od wielu osób można było usłyszeć jedno zdanie: „Z szefem czasami trzeba odpuścić, bo z nim się nie da.” Początkowo brzmi to jak zwykłe narzekanie. Z czasem okazuje się, że jest to po prostu instrukcja funkcjonowania w tej firmie. Chaos był jedyną rzeczą, która pozostawała niezmienna. Decyzje zmieniały się z dnia na dzień, a nierzadko z minuty na minutę. To, co rano było świetnym pomysłem, po południu stawało się błędem. Planowanie czegokolwiek nie miało sensu, bo nigdy nie było wiadomo, która decyzja za chwilę przestanie obowiązywać. Jeszcze kilka dni przed zamknięciem oddziału prowadzone były rozmowy o rozwoju i zwiększeniu sprzedaży. Chwilę później pracownicy dowiedzieli się o likwidacji oddziału. Najciekawsze jest jednak to, że osoby pracujące w siedzibie wiedziały o tym znacznie wcześniej. Najwyraźniej uznano, że pracownikowi nie warto dać nawet kilku tygodni na spokojne znalezienie nowej pracy. Największym problemem nigdy nie był brak klientów. Problemem były decyzje właściciela. Klienci byli gotowi składać duże zamówienia, jednak nawet symboliczne rabaty były problemem. Towaru często nie zamawiano mimo realnego zainteresowania klientów. Efekt? Długie terminy oczekiwania, rezygnacja z zamówień i odejście do konkurencji. Później pojawiało się zdziwienie, że sprzedaż spada. Winny? Oczywiście pracownik. Reklama również była zbędnym wydatkiem, bo “nie ma pieniędzy”. Trudno jednak oczekiwać lepszych wyników, kiedy nie inwestuje się ani w reklamę, ani w asortyment, ani w relacje z klientami. W tej firmie odpowiedzialność działała bardzo wybiórczo. Jeżeli coś się udało, była to zasługa właściciela. Jeżeli coś nie wyszło, odpowiedzialność w cudowny sposób zawsze trafiała na pracownika. Można było odnieść wrażenie, że jedyną rzeczą, za którą właściciel nigdy nie brał odpowiedzialności, były jego własne decyzje. Na porządku dziennym były teksty w rodzaju „Jak się nie podoba, to (usunięte przez administratora) Z czasem przestawały szokować. Nie dlatego, że były normalne, ale dlatego, że pojawiały się zbyt często. Trudno mówić o szacunku do pracownika, kiedy taki sposób komunikacji staje się standardem. Normą było również zwalnianie ludzi z dnia na dzień. Nie miało znaczenia, czy ktoś miał rodzinę, dzieci czy kredyt. Uprzedzenie pracownika wcześniej najwyraźniej było zbędnym luksusem. Sposób zamknięcia oddziału doskonale podsumował poziom organizacji. Pracownicy dowiedzieli się o wszystkim praktycznie na ostatnią chwilę. Świadectwa pracy zostały przesłane mailem z poleceniem, aby wydrukowano je sobie samodzielnie. Ostatnie dni przypominały bardziej kabaret niż profesjonalne zakończenie współpracy. Atmosfera? Plotki. Niedopowiedzenia. Wieczne „domyśl się”. Ciągłe „nas nie stać”, mimo że chwilę później okazywało się coś zupełnie innego. Zmienianie decyzji bez wyjaśnienia, wyzwiska i szukanie winnych zamiast rozwiązań. Najbardziej szkoda ludzi. Bo pracowało tam wiele naprawdę wartościowych osób. Problemem nigdy nie byli pracownicy. Problemem był sposób zarządzania, brak szacunku do ludzi i przekonanie, że każdy problem można rozwiązać krzykiem. Na koniec pozostaje tylko jedno pytanie. Czy oddział został zamknięty dlatego, że zabrakło klientów, czy dlatego, że przez lata skutecznie zniechęcano zarówno klientów, jak i własnych pracowników?
Gdyby podsumować to miejsce jednym akapitem, brzmiałoby ono tak:
„Plotki. Niedopowiedzenia. ‘Domyśl się’. ‘Nas nie stać’. Wyzwiska. Decyzje zmieniane z minuty na minutę. Wieczne szukanie winnych wszędzie, tylko nie tam, gdzie rzeczywiście leżał problem.
Największą inwestycją w rozwój firmy było chyba liczenie na cud. Niestety nawet cuda mają swoje granice. Pracownik miał być sprzedawcą, magazynierem, doradcą, psychologiem i workiem treningowym. Wszystko w jednym etacie. Jedyną rzeczą zmieniającą się szybciej niż decyzje właściciela były osoby odchodzące z pracy. Gdyby chaos był kwalifikacją zawodową, ta firma mogłaby prowadzić szkolenia.
Czasami wystarczy spojrzeć na to, kto odszedł z firmy, a kto w niej został. Odpowiedź na pytanie, gdzie leżał problem, pojawia się sama. Życzę powodzenia. Historia pokazuje, że będzie potrzebne bardziej niż kolejny pracownik.