Holemole16.04.2025 23:20
Inne
Jestem osobą transpłciową i przyszedłem na konsultacje na OLZONie na Babińskiego z powodu podejrzenia zaburzeń osobowości, w tym borderu. Byłem tam, aby leczyć się właśnie z tych zaburzeń. Jedyne czego "oczekiwałem" to używanie dobrego imienia i męskich form (których używam już od jakiegoś czasu ze względu na tranzycję społeczną, w tym na studiach). Zostało mi powiedziane że na oddziale nie leczą transpłciowości (co wydawało mi się oczywiste), po czym podczas pierwszej rozmowy temat kręcił się tylko wokół tego (były zadawane mi ciągle o to pytania). Gdy powiedziałem, że kiedyś chciałbym przejść przez mastektomię, usłyszałem komentarz: "to dobrze że bez tej operacji dołu bo jest brzydka, ta górna mniej, ale też". Odparłem że wolę jednak słuchać w tej kwestii ekspertów z tej dziedziny. Przez całą rozmowę demonizowała medyczne formy tranzycji (używała mocnych słów jak to że hormony ZNISZCZĄ mi gospodarkę hormonalną). Rzucała takimi frazesami jak:
" Nie powinno cię obchodzić, co myślą o tobie inni. Powinno ci wystarczyć, że jesteś mężczyzną" ,co jest całkowitą prawdą. Użyte to było jednak w takim kontekście: Ewa Niezgoda naciskała na używanie form żeńskich i imienia z dowodu. Tłumaczyła tym zdaniem swoją niechęć do próśb pacjenta. Używanie żeńskich form i deadname'u sprawia mi wielki dyskomfort, co jej długo tłumaczyłem. Udało mi się nawet do niej dotrzeć, bo przy końcu pierwszej wizyty zwracała się dobrze, co dało mi nadzieję. Wszystko to, aby na ostatnim spotkaniu konsultacyjnym wróciła do żeńskich form. Mówiła o mnie "pan czy pani", co wskazywało na to, że doskonale pamiętała kim jestem, ale była zbyt uparta, aby mówić poprawnie. Podczas pierwszej wizyty mówiła, że nie będzie używać męskich form, bo nie mam dowodu że jestem mężczyzną (co jest dość zabawne, bo miała w ręku zaświadczenie o dysforii płciowej od psychologa). Chciałem się dostać na ten oddział, bo słyszałem że jest naprawdę dobry, więc ona będąc twarzą całego oddziału wszystko rujnuje, cały obraz o placówce. Na ostatniej wizycie zwyczajnie wyszedłem, bo nie miałem na to siły. Potem zobaczyłem co napisała o mnie w swojej opinii. Narzekała, że podnoszę głos i nie panuję nad emocjami (po to przyszedłem na ten oddział, ponieważ mam między innymi problem z niestabilnością emocjonalną), więc wydaje mi się to niezwykle śmieszne, że oczekuje się od pacjenta, że będzie "chory", ale jednocześnie zachowywał się jak zupełnie zdrowa osoba. Jako osoba transpłciowa często czuję, że nie mogę znaleźć pomocy ze względu na transfobię wielu osób zajmujących się zdrowiem psychicznym. Próbowałem przejść przez cały proces, aby dostać się na OLZON tylko aby usłyszeć, że "nie szukam zmiany w sobie, tylko w świecie zewnętrznym" (dalej użyte w kontekście tego, że chciałem aby lekarz, który ma się opiekować mną jako pacjentem, używał zaimków męskich). Także słyszenie, że na oddziale są osoby z poważnymi zaburzeniami, co miało dawać w sugestii, że nie jestem "wystarczająco chory psychicznie". Rozpisałem się, bo dalej nie wierzę w to, co się tam stało. Największy cyrk był wtedy kiedy tata poszedł na chwilę z nią porozmawiać, aby odebrać dokumenty. On był traktowany zupełnie inaczej. Po pierwsze usłyszał, że lekarze mają nawet z góry powiedziane, że powinni się zwracać do pacjenta jak sobie życzy (co jest zabawne, bo lekarz Ewa Niezgoda uparcie używała złej formy). Spytała się, co by się stało, gdyby ktoś się pomylił zwracając się do mnie (mogła zadać MNIE to pytanie i wtedy odpowiedziałbym, że jeżeli ktoś się stara, ale się pomyli to naturalnie nie będę na tę osobę zły, ona jednak umyślnie mówiła źle). Powiedziała, że ubolewa, ale nie mają łazienki, która jest neutralna płciowo i że byłby problem gdzie mnie wziąć (do mężczyzn czy do kobiet) . Mam ciągle poczucie, że mój tata został potraktowany poważnie, podczas gdy ja byłem widziany jako rozwydrzone dziecko. Nie poruszyła żadnej z tych kwestii w rozmowie ze mną, gdzie ja miałem być potencjalnym pacjentem.