Pracowałam w tej firmie rok, nie licząc przerwy zimowej. Niestety, poza pojedynczymi klientami, którzy powiedzieli coś więcej niż "frytki na wynos" i "dziękuję" (ale "proszę" już nie przechodzi przez gardło) nie spotkało mnie w tym miejscu nic przyjemnego. Nieważne, ile z siebie dasz, jak bardzo postarasz się posprzątać lokal na tip top - lokal większy od typowych dla tej firmy foodtrucków - i tak nie usłyszysz żadnej, absolutnie żadnej pochwały. Dodatkowo nierzadko musisz sprzątać po innych pracownikach z poprzedniej zmiany, a za (usunięte przez administratora) który jeszcze nie zdążyło się po nich ogarnąć, też ci się dostaje, bo przecież jest on na twojej zmianie. Zawsze znajdzie się coś, co nie jest zrobione albo zrobione jest źle, np. serwetownik, z którego normalnie można wyjąć serwetki okazuje się, że jednak jest źle ustawiony. Kosz na (usunięte przez administratora) dla klientów musi być ułożony bokiem (?), ale dowiadujesz się o tym dopiero po kilku miesiącach. Tak było z wieloma rzeczami. Na początku szefostwo nie czepiało się praktycznie niczego, a po przerwie zimowej wszystko było nie tak, dlatego od tego roku codziennie siedziało się w lokalu jak na szpilkach. Jedna z osób, która cię szkoli pokazuje ci, jak filtrować olej i czyścić komorę. Któregoś dnia, po kilku miesiącach pracy pojawia się w lokalu kierowniczka i mówi, żeby nigdy więcej tak nie robić. Szkolenie nowych pracowników jest tu więc na najwyższym poziomie. Tak samo jakiekolwiek zasady BHP. Kiedy ja przyszłam do pracy, nie było absolutnie żadnych rękawiczek, a przecież olej jest rozgrzany do 190 stopni! Czy to nie jest chore? Potem słyszy się słowa kierowniczki, że rękawiczki były na moje życzenie. Dziwne, że nikt wcześniej nie wpadł na to, by je zakupić. Dotykanie gorących, metalowych rynienek, do których zlewa się olej dłońmi owiniętymi grubą warstwą papieru? Czyszczenie komory w środku gołą ręką? Kto chce pracować w takich warunkach? Proszę odpowiedzieć sobie na te pytania, bo dalszy komentarz jest zbędny. Oczywiście o żadnej podwyżce nie ma mowy. Przychodzi impreza w stylu dni dzielnicy, odbywa się w weekend, ale ja mam wesele przyjaciółki, o którym wiem przynajmniej od pół roku. Mówię, że nie dam rady przyjść, informacja ledwo przyjęta. Potem okazuje się, że te dni są jednak tydzień później! Co z kolei jest powiedziane jakieś 3 dni wcześniej. Ja mam kolejne wesele, bo tak akurat się złożyło i logiczne, że wiem o nim z ogromnym wyprzedzeniem. W wiadomościach od szefostwa wyczuwam jakieś pretensje. Już myślałam, że mam wysyłać zdjęcia ślubnych zaproszeń, żeby potwierdzić, że na pewno nie wykręcam się z lenistwa. Przed lokalem zawsze miały być wystawiane ogromne, pomarańczowe krzesła, które niektórzy pracownicy pamiętali, by nie złączać, a inni mieli to gdzieś. Kiedy mówiłam, że nie mogę ich rozdzielić, bo po prostu nie mam tyle siły usłyszałam, że muszę to zrobić, że jak będę próbować to na pewno się uda, że ma to być dziś zrobione. Zamiast przyjść i pomóc, w moją stronę lecą rozkazy wypowiadane w dość nieprzyjemnym tonie. Muzyka z głośnika, taka sama jak ta puszczana w radiu, okazuje się pewnego dnia, że jest nieodpowiednia, "gorsząca dla dzieci". What? Przyszedł październik tego roku, w lokalu było tak zimno, że nie dało się wysiedzieć. Najpierw nie ma butli, potem piecyk zepsuty, w końcu całość została uruchomiona jakiś tydzień przed zamknięciem. Do tego czasu marzłam, wręcz trzęsłam się z zimna, czasem po 9 godzin, dwa dni z rzędu. Spartańskie warunki, na które już na szczęście nie muszę się zgadzać i bardzo niemiła atmosfera. Na czacie pracowniczym jedyne, co można było przeczytać to zakazy i nakazy, zero jakiejś luźnej atmosfery. Polecam lepiej traktować pracowników, bo nikt nie będzie chciał tu pracować i być bardziej życzliwym. Szkoda czasu i zdrowia, za minimalną krajową znajdziecie pracę, w której będziecie czuć się lepiej.