Przy pierwszym wejściu do środka całe otoczenie - to ciągle przygaszone światło, betonowe ściany i sufity - zaczyna napierać z taką konsekwencją, że po chwili pozostaje wyłącznie poczucie własnej znikomości. Źródło tego wrażenia nie jest od razu oczywiste. Dopiero po podniesieniu wzroku staje się jasne: to nadciągające, rozrośnięte ego osoby, którą przełożoną czyni nie profesjonalizm, lecz wyłącznie wystarczająco wielka ambicja. Osoby na tyle przerażonej własną miernością, że wybiera rozwiązanie najprostsze z możliwych - budowanie poczucia własnej wartości na poniżaniu podwładnych.
I właśnie to, i w zasadzie wyłącznie to, dostrzega w ludziach, którzy należą do najbardziej wielozadaniowych, bystrych i wszechstronnych osobowości, jakie zdarzyło mi się spotkać.
Być może to nazbyt dramatyczny wstęp. Niemniej - tak, swego czasu, jak ujmowali to wszyscy dookoła, „udało mi się" trafić do jednego z hoteli należących do kolekcji MGallery. Na recepcję. Dla własnego spokoju całość zostanie opisana ogólnie, bez wchodzenia w szczegóły.
Od pierwszego dnia zostało jasno zakomunikowane, że nikt niczego nie powtórzy po raz drugi bez wykrzywionej miny, a żeby nie tylko być, lecz należeć do tego zespołu, trzeba było po prostu urodzić się nieco inaczej.
Zwykle swoboda i otwartość przychodzą mi bez wysiłku, jednak tutaj krępująca stawała się każda próba odezwania się do kogokolwiek - szczególnie po sytuacjach, w których współpracownik przy stole w stołówce w milczeniu wstaje i wychodzi w reakcji na próbę zadania pytania, albo w których z napięcia częściej sięga się dłonią do włosów i dostaje za to po rękach, bo przecież naprzeciwko stoi gość.
Z czasem, jeśli obowiązki wykonywane są należycie i bez błędów - albo gdy pojawia się kolejny nowy pracownik - nastawienie staje się nieco bardziej przychylne. Również stopniowo. W szóstym miesiącu pracy, gdy dołączył nowy chłopak, kierowniczka podprowadziła go do mnie i poinstruowała, by w ogóle mnie nie słuchał i starał się nie wdawać ze mną w rozmowę.
Dopiero gdy mimo wszystko udało się wejść do ścisłego "grona najlepszych", a pozostali zaczęli zwracać jej uwagę na konkretne umiejętności, nie była w stanie zdobyć się na gest tak zwyczajny jak ludzka pochwała. Najpierw musiała oznajmić, że była zmuszona odrzucić wszystkie swoje uprzedzenia wobec pewnych moich niedociągnięć, żeby w ogóle dostrzec kompetencje. Można pomyśleć: zwykły pech, trafił się taki dział. Tyle że menedżer działu HR posługuje się w swoich opisach sformułowaniem: „potrzebujemy żołnierzy, a nie ludzi z tymi ich nerwami".
Wszyscy dookoła są chłodni i nieszczerzy. Do samego końca nie było jasne, czy stawianym oczekiwaniom da się kiedykolwiek sprostać — a jeśli rzeczywiście jest to niemożliwe, to dlaczego w ogóle utrzymuje się tu kogoś takiego. Przez większość czasu utrzymywał się stan apatii, któremu towarzyszyła stała gotowość na kolejne upokorzenie: na to, że w dowolnym momencie znów padnie komentarz o tym, z jakim trudem ktoś się powstrzymuje na sam czyjś widok, albo że grafik na nowy miesiąc znów zostanie rozpisany bez jednego nazwiska, albo na wszystko to naraz — i to już na początku zmiany.
Nie sposób odmówić tej pracy jednego: doświadczenie było bogate, była okazja do rozmów z wyjątkowymi ludźmi i do zobaczenia czegoś nowego. Rzecz w tym, że za wszystkimi tymi szczegółami, które trzeba nieustannie trzymać w głowie i dzięki uwadze na które buduje się indywidualne podejście do każdego, kto tu przyjeżdża, liczy na nie i za nie płaci — powinna stać dokładnie taka sama troska. Żeby chciało się rysować te niemądre kwiatki i własnoręcznie podpisywać kolejną kartkę z życzeniami urodzinowymi dla jakiegoś „numeru", albo pracować całą noc bez ustalonego systemu i zamknąć dobę wraz z całą towarzyszącą temu sprawozdawczością w niespełna półtorej godziny — trzeba zastosować choćby jakiekolwiek narzędzia motywacyjne.