Miałem różne rozmowy o prace, ale ta była jedyna w swoim rodzaju. Piątek godz. 16, przejechałem całe miasto w korkach, żeby odbyć rozmowę umówioną SMS-em, bez potwierdzenia ze strony firmy. Pan, o którym chyba mowa niżej, wychodzi w krótkich spodenkach i butach wyglądających na piłkarskie z domu obok. Bez słowa wprowadza mnie do pustego biura (potwierdza się wrażenie bałaganu), odbiera dzwoniący telefon, przeprowadza chaotyczną rozmowę z klientem, w międzyczasie dzwoniąc do jednego z pracowników i wskazując mi skromne plastikowe krzesełko przed zawalonym biurkiem. Po 5 min rozmowy telefonicznej odwraca się do drukarki i mówi, że niestety nie ma mojego CV...
Gdy mówię mu czym się dotychczasowo zajmowałem, Pan próbował mnie przekonać, że to praca nie dla mnie (okazało się, że zakres obowiązków znacznie odbiegał od oferty pracy dla pracownika administracyjno-biurowego), ale mimo to chciał mnie zaprosić, "bo każdemu trzeba dać szansę, ale ostateczną decyzję podejmie pani manager kadr" (ciekawe czemu była nieobecna skoro ma podejmować decyzję), czy ktoś w tym rodzaju. W pewnym momencie Pan prowadzący rozmowę zażądał ode mnie mówienia po angielsku mówiąc "no a jak z angielskim, niech pan coś powie, cokolwiek". Plus jest taki, że po 10 minutach to dość żenujące spotkanie się skończyło, a Pan prowadzący rozmowę beztrosko odjechał na skuterku.
Serio, da się znaleźć pracę w lepszym (choć nie super) miejscu, co mi się udało