Cześć,
Trochę czasu zajęło mi, zanim zdecydowałam się napisać opinię na temat tej firmy, ale w końcu się udało.
Kilka miesięcy temu zakończyłam współpracę z Nairobią w poprawnych relacjach – przynajmniej tak się wtedy wydawało. Pracowałam tam przez prawie rok. Było to moje pierwsze doświadczenie w pracy biurowej, więc wszystko było dla mnie nowe – od obsługi kserokopiarki po szybkie pisanie na klawiaturze.
Na początku było całkiem przyjemnie – poznałam sympatycznych ludzi, zajmowałam się prostymi, choć monotonnymi zadaniami. Nie oczekiwałam niczego więcej. Do jednego z projektów zostałam wdrożona przez projekt managera oraz przyszłą koleżankę z zespołu. Już na starcie usłyszałam od prezesa firmy, że zostaję przydzielona do projektu tymczasowo, aby odciążyć zespół z nadmiaru obowiązków.
Z czasem zaczęłam się bardziej angażować, jednak nie zapowiadało się na żadne zmiany w mojej sytuacji – mimo wcześniejszych zapowiedzi, nie dostałam żadnych nowych propozycji ani nie zostałam przeniesiona do innego projektu.
Punktem zwrotnym był moment, w którym wróciłam z urlopu i dowiedziałam się, że mój projekt manager został przeniesiony do innego projektu. Nie do końca rozumiałam tę decyzję i nie wiedziałam, co to oznacza dla mnie.
Zostałyśmy z koleżanką same. Na początku towarzyszyła nam ekscytacja i przekonanie, że damy sobie radę. Niestety szybko okazało się, że nie możemy liczyć na realne wsparcie ze strony naszej przełożonej, która sama wydawała się zagubiona i nie miała wiedzy, jak podejść do niektórych tematów. W praktyce wciąż musiałyśmy angażować naszego byłego PM-a, który już nawet formalnie nie był częścią projektu.
Czas mijał – raz było lepiej, raz gorzej.
Momentem, w którym przelała się czara goryczy, była sytuacja zimą. Moja koleżanka była chora, więc sama musiałam poprowadzić spotkanie statusowe z klientką, w obecności naszej szefowej. Byłam bardzo zestresowana, a brak wsparcia ze strony przełożonej tylko pogłębiał ten stan. W trakcie spotkania popełniłam kilka drobnych pomyłek, które spotkały się z wyraźną dezaprobatą – przełożona przewracała oczami na kamerze przy klientce. Dla osoby, która dopiero uczy się pracy z klientem biznesowym (a przypomnę – taka opinia o mnie była wielokrotnie powtarzana przez szefową), było to bardzo przykre i paraliżujące.
Z każdą kolejną pomyłką coraz trudniej było mi się otrząsnąć i poprowadzić spotkanie dalej. W końcu szefowa sama przejęła rozmowę i... popełniła błąd, tłumacząc coś, czego nie rozumiała – bo, jak już wspomniałam, nie angażowała się w projekt i nie znała jego szczegółów. Po spotkaniu usłyszałam, że podważyłam jej kompetencje przy klientce i że to było "niepoważne". Gdy próbowałam wyjaśnić sytuację i różnicę w interpretacji informacji, usłyszałam: "Ch* mnie interesuje, jak powiedziałaś – ważne, jak ja to zrozumiałam."
Po Nowym Roku rozpoczęłam rozmowy o ewentualnej podwyżce. Zbiegło się to z propozycją pracy w innej firmie. Pierwsza rozmowa miała miejsce na początku stycznia – usłyszałam, że obecnie nie przewiduje się dla mnie podwyżki, ale możemy ustalić cele na przyszłość. Warto zaznaczyć, że nie prosiłam o wiele – chodziło o 300 zł względem podniesienia wtedy płacy minimalnej. Uważałam, że to uczciwa propozycja, biorąc pod uwagę, że we dwie udźwignęłyśmy projekt, który sprawiał ciągłe problemy i przy zerowym wsparciu z góry.
W międzyczasie zakomunikowałam, że mam praktycznie pewną ofertę w nowej firmie. Przez cały te czas nie miałam żadnego stanowiska uzgodnionego z przełożonymi, więc nawet jak wysyłałam maile byłam po prostu "pracownikiem biurowym". Wtedy rozpoczął się ciąg rozmów, które miały mnie zatrzymać w Nairobii. Finał nastąpił 14 lutego – zaproponowano mi stanowisko PM-a i podwyżkę o 2000 zł. Spotkanie z szefową działu miało się odbyć w cztery oczy, ale ostatecznie uczestniczył w nim również prezes firmy, o czym nie byłam poinformowana. Podczas tej rozmowy padły bardzo mocne, nieuzasadnione zarzuty oraz próby nastawienia mnie przeciwko współpracownikom i przyjaciołom. Efekt? Żaden – zarówno ja, jak i większość moich znajomych, już tam nie pracujemy.
Na koniec – tuż przed moim odejściem zapytano mnie, jak chciałabym, aby klientka została poinformowana o moim odejściu. Chciałam zachować klasę i dałam wolną rękę mojej przełożonej. Niestety – był to błąd. Klientka została poinformowana, że „nie dałam rady” i że projekt mnie przerósł. Trudno mi to nawet skomentować – właśnie dlatego postanowiłam napisać tę opinię.
Nie piszę tego z desperacji, tylko dlatego, że uważam, że warto mówić głośno o tym, jak naprawdę wyglądają kulisy niektórych miejsc pracy.
A szefostwu życzę udanych kolejnych wakacji i powodzenia w zdobywaniu kolejnych szczytów – najlepiej tych górskich!