Początki były piękne... Zgrany, dobrze zarządzany zespół geologów skrupulatnie wypełniający swoje obowiązki z przyjemnością...Do czasu... Do czasu pojawienia się nowej kierowniczki i podpisania przez firmę większego kontraktu. Naturalnym było zatrudnienie większej ilości pracowników, których następnie spektakularnie zwolniono przed ukończeniem niemal dwuletniego projektu tłumacząc się "cięciem kosztów" (przynajmniej nie trzeba było im wypłacać obiecanych premii ????), "brakiem widocznego rozwoju", który nie wiem jak miał się pojawić, jeśli dane było pracownikowi wykonywać jedno zadanie przez kilka miesięcy lub "wprowadzaniem złej atmosfery", którą to odczuwała tylko kierowniczka. Niemniej jednak od momentu kiedy pojawiła się w firmie, wzięła sobie za punkt honoru, aby kontrolować wszystkich i wszystko, a przy tym zrzucając swoje obowiązki m.in. rozliczania tematów na przełożonych, bo ona była zajęta czytaniem korespondencji pracowników. Wszelkie rozmowy na temat podwyżki były ucinane tekstami o ciężkich czasach, wątpieniem, aby "góra" się na nie zgodziła itp., chociaż dla siebie zawsze potrafiła coś wyciągnąć zbierając laury za cały zespół, a który otrzymał tylko "dzięki". Obiecanki o grupowych szkoleniach, wyjazdach itp. kończyły się na słowach, a spotkania odbywały się tylko po to, aby "prosić" o mobilizację i szybsze wykonywanie pracy przerastającej możliwości pracowników z powodu ich zbyt małej ilości (spowodowanej wcześniejszymi zwolnieniami). Rzucanie tekstów wychodzącemu po 8 godzinach pracy pracownikowi w stylu "o tak szybko?", a następnie proszenie o nie robienie zbyt wielu nadgodzin było na porządku dziennym, tak jakby oczekiwano, że zadanie wymagające np. dwóch dni zakończone zostanie po jednym, a to i bez zbędnych kosztów dla pracodawcy (w postaci zapłaty za nadgodziny), bowiem tylko ciężka praca nas uszlachetni, a za rachunki podwładni mogą przecież zapłacić uśmiechem. Kiedy w końcu zdecydowano się jednak zatrudnić nową osobę, kierowniczka umieściła ją koło swojego pokoju tak, aby mieć na nią oko i odgrodzić od reszty zespołu po to, aby nowy nabytek "się nie zraził". Szkolenie nowego pracownika polegało na bezmyślnym przeklepywaniu informacji, a gdy pokazaliśmy "nowemu", że można to załatwić dwoma kliknięciami, kierowniczka była zła, kazała wykasować otrzymany efekt i na nowo wykonać zadanie polegające na ww. przeklepywaniu, który zajął cały dzień. Kolejno pokazywała "nowemu" jak wykonywać poszczególne elementy dokumentacji, które były miejscami sprzeczne lub błędne z tym co wykonywał od wielu lat zespół i kończyło się tym, że "nowy" zamiast wykonać od początku pracę poprawnie, to źle poinstruowany musiał poświęcać czas na poprawę błędów. Dostał też zakaz "zawracania zespołowi głowy" w przypadku pojawienia się pytań z wykonywanym zadaniem, choć często nasza pomoc mogłaby się zamknąć w 5-10 minutach. Ostatecznie, po wielu nietrafnie dokonanych przez zarząd decyzjach, w firmie zaczęły pojawiać się problemy, a bycie "winnym" było zrzucane na innych. Tak więc, gdy spora część pracowników stwierdziła, że ma tego dość, odeszła i znalazła pracę w innym przedsiębiorstwie stało się ono "złem wcielonym", które chce ich zniszczyć i robi im "pod górkę". Do dnia dzisiejszego wydaje się, że zarząd nie widzi nic złego w swoim postępowaniu i nie zapowiada się, aby miało się coś zmienić, a ja jestem pod niebywałym wrażeniem jak porządna firma zmieniła się w tzw. Januszex, bo nie umiała docenić swoich szeregów...