Nie polecam współpracy z Kancelarią Adwokacką Pani Adwokat Hanny Łyczywek-Falkowskiej. Moja była żona była jej klientką w sprawie rozwodowej. Za obsługę zapłaciła ok. 12–15 tysięcy złotych, a efektem było więcej chaosu niż pomocy. Już na etapie rozprawy prawniczka nie doradziła mediatora, mimo że przy małych dzieciach to absolutna podstawa. Mediator nie jest od „naprawy związku”, tylko od pomagania rodzicom w rozmowie, by dzieci nie były ofiarami konfliktu. Pani mecenas pomyliła go z psychologiem par, wprowadzając klientkę w błąd – albo sama nie była doinformowana. Efekt: sąd nie mógł ustanowić mediacji, bo nikt o nią nie zawnioskował. To dramatyczny brak wiedzy lub empatii jak na prawnika rodzinnego. Kolejny błąd, zapewnienie, że wyrok rozwodowy jest prawomocny. Tu mogła zgubić Pania mecenas rutyna, ale za 12-15 tys zł? Błagam. Moja była żona, uwierzyła, że „to już koniec”, a tego samego dnia została przez stronę przeciwną złożona apelacja. Wyrok nie uprawomocnił się. Co to znaczy? Że pani mecenas za takie pieniądze nie przewidziała ruchu strony przeciwnej? Moja była żona złożyła w bankach wnioski o kredyt hipoteczny. Początkowo decyzje były pozytywne, ale gdy banki dowiedziały się, że małżeństwo formalnie trwa, powstała niespójność. Banki potraktowały sytuację jako nieprofesjonalne podejście do wniosku i utratę wiarygodności. Mogły wręcz podejrzewać próbę zatajenia informacji. W efekcie kredyty zostały zablokowane. To realna, poważna szkoda wynikająca z błędnej informacji prawniczki. W dodatku, w sprawach rodzinnych zachowanie mecenas było nieetyczne. Gdy jeszcze przed rozwodem (przy równych prawach rodzicielskich) zabrałem dzieci do swojego domu, moja była żona wpadła w szał, ponieważ już wtedy stosowane były działania z pogranicza alienacji rodzicielskiej. Domyślam się, że to był celowy kierunek doradztwa – wyprowadzić mnie z równowagi i próbować wciągnąć sprawę w niebieską kartę. W tamtym czasie zaczęto ograniczać kontakt i stosować bierną agresję – presję, milczenie, blokady, ograniczanie sms-ów. Zamiast tonować emocje, pani mecenas wywierała presję na mnie, dzwoniąc nawet do mojego prawnika, jakby sama prowadziła konflikt. Zamiast chronić dzieci i łagodzić napięcia, podsycała je. Kontakt? Fatalny. Wielokrotnie słyszałem od byłej żony, że nie ma kontaktu z panią mecenas, bo znowu wyjechała do ciepłych krajów. Moja była żona próbowała to zrozumieć, mówiła że szanuje jej wypoczynek, ale dla mnie jako strony zaangażowanej w konflikt rodzinny było to po prostu dziwne. W czasie, gdy dzieci były rozdarte między rodzicami, adwokat była często nieosiągalna. Może w końcu zrozumiałem, skąd taka cena – tylko że za 12–15 tysięcy złotych spodziewałbym się choć odrobiny ciągłości i dostępności. Tym bardziej, że wiele podstawowych błędów, które ta pani popełniła, sam zauważyłem później, ucząc się prawa z internetu. I wtedy ta cena za to, co realnie dostaliśmy, stała się po prostu śmieszna. Najgorsze jednak było przygotowanie pozwu rozwodowego. Zamiast pomóc zakończyć sprawę z godnością, powstał agresywny, pełen insynuacji i emocji paszkwil, który tylko pogłębił podziały. Pozew wyglądał jak przepisany z filmiku na YouTube dla rozwodników: zero empatii, zero strategii, tylko podkręcanie konfliktu. Do tego doszła presja: „podpisz, bo inaczej będzie pozew z orzeczeniem o winie”. To nie była pomoc. To było czyste wyrachowanie i gra cudzym dramatem za grube pieniądze. Za 12–15 tysięcy złotych nie dostaliśmy żadnego porozumienia, tylko coraz większy bałagan i pogłębianie podziału. Zostawiła nas w tym wszystkim. Nie tylko w konflikcie między dwojgiem ludzi, ale w podziale, który objął całą rodzinę. Nie zamknęła sprawy. Nie uporządkowała niczego. Zostawiła nas w tym gównie.