Była lektorka28.08.2014 14:51
Inne
Moja współpraca z W&W w Jeleniej Górze była krótka, ale intensywna.
Zaczęło się od tego, że miałam podjąć pracę w Akademii Happy Kids (przedszkole językowe), którą również prowadzi właścicielka W&W. Abym mogła tam jednak pracować musiałabym zrobić dodatkowe studia podyplomowe, oczywiście płatne. Byłam wtedy akurat w trakcie kończenia innych studiów, ale pani Wawrzyniak bardzo namawiała i zaproponowała również pomoc finansową, więc się zgodziłam. Jeszcze przed rozpoczęciem studiów właścicielka zaproponowała, żebym już zaczęła z nią współpracę ale najpierw właśnie w szkole językowej W&W. Zażądała, abym wypowiedziała moje umowy z innymi szkołami językowymi. Zaufałam jej i to zrobiłam, choć nie podpisała ze mną żadnej umowy. I wtedy się zaczęło: takiego bałaganu jak w W&W nie widziałam jeszcze w żadnej szkole językowej, a pracowałam już w kilku. Praktycznie za każdym razem jak przychodziłam miałam jakąś inną grupę do nauczania. Zmiany godzin były błyskawiczne. Rodzice i uczniowie oczywiście niezadowoleni. Wszystkie podręczniki musiałam sobie kupić sama, żebym w ogóle była w stanie prowadzić zajęcia. Szkoła ta też chwali się tym, że naucza w systemie "Direkt" czy też "Avalon". Owszem, to prawda. Kazano mi prowadzić zajęcia w tej metodzie zalewie po jednej godzinie szkolenia!! Stawki średnie. Bałagan w dokumentach i mnóstwo lektorów pracujących na czarno. Zapłatę za przepracowane godziny zajęć otrzymałam dopiero, gdy postraszyłam Inspekcją Pracy. Ogólnie więcej zainwestowałam, niż zarobiłam.
Wracając do sprawy Happy Kids w momencie, gdy miałam już składać dokumenty o przyjęcie na studia i zapłacić wstępną opłatę, kontakt z panią Edytą nagle się urwał. Nie odbierała ode mnie telefonów, nie chciała się też spotkać. Na szczęście jednak studiów nie podjęłam, bo musiałabym je sama sobie opłacić i nie wiem, czy do czegokolwiek by mi się przydały.
Na informację, że nie będę jednak współpracowała pani Edyta zareagowała dość