Witam wszystkich, chciałbym się podzielić swoimi spostrzeżeniami na temat procesu rekrutacji, jaki zachodzi w tytułowych "Zakładach Chemicznych Złotniki".
Dnia 21.03.2022 r. o godz. 10:40 dostarczyłem swoją aplikację poprzez pracuj.pl, odczytana została 23.03.222 r. o godz. 12:15, a zadzwoniono do mnie tego samego dnia o godz. 13:50 - akurat wtedy rozmawiałem, więc oddzwoniłem. (Ciekawostka: dnia 16.03.2022 r. o godz. 12:10 wysłałem SMS-a o treści "praca", gdyż wtedy podobno ktoś oddzwania - NIKT NIE ODDZWONIŁ!) Podczas rozmowy pytano mnie o moje uprawnienia i kwalifikacje, mimo iż w treści ogłoszenia (w wymaganiach) nie ma na ten temat żadnej informacji. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie mam uprawnień i nigdy nie pracowałem na produkcji - aplikowałem na stanowisko "Pracownik Produkcji". Wtedy dowiedziałem się, że konstruują nową ekipę ludzi (16 osób), a jak ktoś nie ma uprawnień to przeszkalają, spotkanie zostało ustalone na 25.03.2022 r. na 10:00.
Tak więc jestem tego 25.03.2022 o 10:00, wchodzę do portierni/recepcji, mówię ochroniarzowi po co przyszedłem, pokazuję SMS-a z zaproszeniem na spotkanie, podaję swoje dane, dostaję tymczasową przepustkę - mam czekać. Po paru minutach Pani ochroniarz prosi mnie, abym poszedł z nią pod budynek administracji i tam znowu poczekał. Czekam chwilę, przychodzi Pani Agnieszka i prosi mnie na rozmowę. Rozmawiamy jakiś czas, ona mówi o stanowisku pracy, wymaganiach, ogólnie o zakładzie; ja też zadaje pytanie, odpowiadam, itp., typowa rozmowa kwalifikacyjna. W międzyczasie kontaktuje się z brygadzistą, aby ten oprowadził mnie po zakładzie i pokazał na czym polega praca, a ja określił czy się w ogóle do niej nadaję, po 20-30 minutach rozmowy przychodzi brygadzista i idziemy na zakład.
Co do samej pracy, mam na myśli stanowisko "Pracownik Produkcji", praca głównie polega na zapełnianiu worków gotowym preparatem (obsługa maszyny pakującej), układaniu tego na palecie (w odpowiedni sposób), streczowaniu (maszynowym) i wywożeniu tego wózkiem widłowym poza zakład (miejsce tymczasowego magazynowania). W późniejszym czasie (po zdobyciu uprawnień) dochodzi obsługa suwnicy (z pilota) w celu przenoszenia worków (big-bagów) nad zsyp maszyny pakującej i zrzutu do niej gotowego produktu w celu jego spakowania. (Ciekawostka: praca na godziny jest tylko przez pierwsze 3 miesiące okresu próbnego, później wchodzi akord naprzemiennie z wynagrodzeniem godzinowym, ale głównie akord, jak się nie będziecie wyrabiać; to raz, że możecie mało zarobić; a dwa, że mogą was zwolnić)
Tak więc brygadzista mnie oprowadził, powiedział co i jak, pokazał hale produkcyjne - jedna starsza druga nowsza z autonomiczną maszyną pakującą, bardzo w porządku facet, nie mam żadnych zastrzeżeń, przynajmniej na tyle na ile mogłem go poznać. Chodziliśmy tak i rozmawialiśmy z dobre 30-45 minut, jak nie więcej. Co do samej pracy nie miałem zastrzeżeń, raczej bym sobie poradził, bardziej miałem wątpliwości co do samego kursu na wózek widłowy. Sprawa wyglądała tak, że oni mi finansują kurs, a ja muszę go zdać (najlepiej w pierwszym podejściu), bo inaczej ponoszę jego koszt (nie miałem pojęcia jak taki kurs wygląda), musiałbym także podpisać "lojalkę" na 3 miesiące, że jak sam się zwolnię lub oni mnie zwolnią, to też zwracam pieniądze - 650 lub 690 zł, już dokładnie nie pamiętam. Dodatkowo czasu było niewiele, bo ja byłem w piątek, a kurs miał się zacząć już w najbliższy poniedziałek, stąd moje wątpliwości; raz, że nie wiem jak taki kurs wygląda i czy w ogóle go zdam; a dwa, jak go nie zdam to zwracam pieniądze, co w mojej sytuacji finansowej (szukałem pracy i miałem niewielkie oszczędności) byłoby dosyć trudne.
Reasumując: Ja podzieliłem się swoimi wątpliwościami odnośnie tego kursu (tylko kursu, praca mi pasowała), a Pani Agnieszka widocznie uznała, że się nie nadaję (i później olała). Rozmowę zakończyliśmy na tym, że ja przemyślę sprawę (chciałem się rozeznać w temacie kursów na wózki widłowe), a Pani Agnieszka zadzwoni do mnie jeszcze tego samego dnia do 15:00 i powie mi co i jak (np. że nie chcą mnie przyjąć), a ja dam odpowiedź (jakbym został przyjęty), czy chcę iść na kurs. Zgadnijcie jak to się skończyło ? NIKT NIE ZADZWONIŁ! Chamstwo w najczystszej postaci !!! typowe dla dziado-firm. Byłem tam ponad 1,5 godziny tylko po to, aby potraktować mnie jak śmiecia. Jeszcze dzwoniłem parę minut przed 15:00, ale już nikt nie odbierał.
I tak to się zakończyła moja historia z "Zakładem Chemicznym Złotniki", możliwe, że sam zawiniłem mając wątpliwości odnoście kursu, jak się później okazało niesłusznie, bo kurs na wózek widłowy jest stosunkowo prosty i gdyby Pani Agnieszka zadzwoniła do mnie do tej 15:00, to bym się zgodził i poszedł na kurs, a w najbliższym czasie pewnie zaczął pracę, ale widocznie u nich lepiej mieć gdzieś potencjalnego dobrego pracownika i nawet nie zadzwonić, że nie został Pan przyjęty, bo "coś tam", chamstwo i tyle, odradzam.
Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali do tego momentu i pozdrawiam.