Idealny kandydat dla tego pracodawcy to "mierny, bierny, ale wierny" lizus i konfident, najlepiej z koneksjami. To miejsce słynie z takich absurdów, jak skład osobowy działu, z czego połowa to dyrektor i trzej zastępcy, a stanowiska są obsadzane po znajomości ludźmi bez doświadczenia i predyspozycji, którzy na wejściu zostają menedżerami, podczas gdy na najniższych szczeblach latami tkwią ludzie, którzy poznali zakład od podszewki, mają talent do pracy, autorytet wśród współpracowników, ale i tak przerzucana jest na nich odpowiedzialność, która powinna być w zakresie obowiązków ich przełożonych. Nie ma nic dziwnego w tym, że kierownikiem w danym sektorze jest przedszkolanka, a w sekretariacie latami tkwi technolog żywienia, normą nie jest awans poprzez pracę w firmie, ale tworzenie stanowisk dla krewnych i znajomych znajomych ojca matki teścia "pana Ziutka", a ulubioną dyscypliną miejscowych karierowiczów jest ogólnozakładowy konkurs donoszenia, szkalowania i pomówień kolegów i koleżanek, według potrzeb. Priorytetem często jest napisanie donosu, a nie realizacja zadań, które z zasady przyniosłyby firmie zysk. Najwięksi celebryci tego miejsca to ludzie biegający po korytarzach biurowca i opowiadający w kółko o tym, co mają do zrobienia, niekoniecznie to robiąc, mistrzowie prezentacji w Microsoft PowerPoint, tabelek, zestawień i wykresów, stali ochotnicy do wyjazdów służbowych, na targi, konferencje i zewnętrzne szkolenia, no bo coś trzeba przecież robić, żeby się nie zanudzić, a czarną robotę odwalą za nich jelenie, ostatni w kolejce do podwyżki i awansu. Nie ten dobry pracownik, co dużo i dobrze robi, lecz mistrz blefu doskonałego i autoprezentacji oraz opowieści o swoim rzekomym zaangażowaniu i talentach wszelkich, zawsze aktywny na zebraniach i ulokowany najbliżej kogoś z Zarządu, bijący pokłony przed swoimi szefami z odległości kilometra, najlepiej przy użyciu trąbek, sztucznych ogni i znaków dymnych, gdyby to było możliwe. Tacy oblubieńcy "góry" nigdy nie szczędzą prezesom i ich świcie komplementów, wliczając do tego jeszcze ukłony dla ich małżonek, dzieci, psów i kotów, dzielnie wtórując swoim przełożonym na zebraniach, najlepiej przedłużającym się w nieskończoność, tam bowiem lśnią jak diamenty szlifując mowy pełne korporacyjnych zwrotów, z przewagą języka angielskiego i z użyciem słowotwórstwa wyjętego z podręczników do zarządzania i marketingu, powiedzmy takiego Miltona Friedmana, ale warto dorzucić też od czasu do czasu cytaty z Biblii albo od jakiegoś filozofa, żarciki z pakietu "dowcipy o menedżerach" , ale tylko te sugerujące kolejne pochlebstwa względem prezesów też nie zaszkodzą. Odpowiedzialność w firmie wyznacza zasada "kowal zawinił, cygana powiesili". "Łubu dubu, łubu dubu...", a robota to głupota, niech się nią zajmą ofiary losu i naiwniacy sądzący, że poprzez rzetelną, systematyczną pracę oraz lojalność mogą czuć się bezpieczni na swoich stołkach, które tak prędzej, czy później stracą, żeby zwolnić komuś, kto jest podwieszony pod kogoś ważniejszego w hierarchii niż oni sami.