Pracowałam tam kilka miesięcy. Najgorsze miejsce jakie można sobie wyobrazić.
Kelnerkom dostaje się za wszystko- kuchnia pomyli zamówienia: wina kelnerki, bo nie dopilnowała kucharza, bar ma opóźnienia: wina kelnerki, bo nie pomogła (co z tego, że jest sama na pełną salę).
Zacząwszy od umowy- podpisujesz ją i czekasz na dostarczenie Ci kopii. Przypominasz się i czekasz. Kiedy proszenie się o umowę Ci się zaczyna nudzić, jest szansa, że po kilku miesiącach ją dostaniesz. I tak jest ze wszystkim- życie na przeczekanie, to dewiza szefostwa.
Najgorzej ma się sprawa z napiwkami- nic co klient zostawia nie trafia do kelnerki. Równy podział pani Eleno? Złotówka za godzinę- tyle dostaje każdy w przeliczeniu (chociaż często zdarza się, że po przepracowaniu 200 godzin dostaje się 100 zł napiwku i nie ma dyskusji, bo napiwki podliczane są raz na miesiąc, nikomu suma nie jest podawana do informacji- a nawet jakby była, to przecież generujemy takie "straty", że szefostwo musi wziąć połowę z tej sumy dla siebie).
Ale jakby tego było mało- nawet jeśli kelnerki po zamknięciu restauracji posprzątają całą salę, stoliki na pasażu, umyją kanapy, krzesła, zwiozą ciasta, lody do lodówek, umyją szyby w zamrażarkach na lody w mniej niż 30 minut, to i tak nie mogą wyjść nawet 5 minut wcześniej, bo "płacone macie do 21:30". Jeśli za to trzeba zostać nie raz dłużej, to nikt jakoś tego nie widzi i nie mamy doliczanego za 15-20 minut więcej w pracy (szczególnie, gdy w niedzielę decyzją szefostwa są przyjmowani goście tuż przed zamknięciem i trzeba czekać, aż zjedzą i sprzątnąć po nich). Wyjdziesz wcześniej, to możesz już nie wracać.
Szefostwo jest miłe tylko wtedy, kiedy potrzebuje czegoś. Kiedy zgłaszasz, że jest mało personelu i nie dajesz rady wszystkiego ogarnąć- jedyne co usłyszysz, to że "jest nam tak ciężko, nie mamy za co opłacać pensji, pomóż nam, bo jesteśmy tacy pokrzywdzeni", ale w tym samym czasie widzisz, zdjęcia szefostwa z najlepszych lokali w Łodzi, obwieszonych markowymi ciuchami i bardzo lekko podchodzących do wydatków.
Oczywiście nie istnieje tu ani posiłek pracowniczy, ani zniżki pracownicze. Szefostwo prędzej wyrzuci jedzenie niż pozwoli pracownikom coś zjeść. Wyrzucić dwie pizze, które zrobione zostały przez pomyłkę- nie ma sprawy, dać je pracownikom- w życiu.
Noszenie ciężkich skrzynek z napojami, proszenie się o wszystko- w tym pieniądze, które Ci się należą, bycie opierdzielanym za wszystko, bycie non stop pod obserwacją kamer i cały czas poczucie bycia winnym za wszystko- to realia Italii.
No i bariera językowa. Po polsku mówić nie chcą, nie lubią. W ogóle najlepiej jakby nie musieli się do personelu odzywać, aczkolwiek są wyjątki- przecież trzeba na kimś wyładować swoje frustracje. Najlepiej po polsku potrafią powiedzieć, że nie umiesz niczego, wszystko robisz źle, jesteś głupia/głupi, słabo pracujesz. Te zwroty potrafią wymawiać perfekcyjnie i każdy pracownik w czasie swojej "kariery" w Italii je usłyszy nie raz.
Kiedyś Włochy kojarzyły mi się z ciepłymi, serdecznymi ludźmi, którzy od serca chcą ugościć i cieszyć się z życia. Włosi, którzy osiedlili się w Łodzi, to ludzie zakłamani, o wielu twarzach, a przede wszystkim sknery.
Żadne pieniądze (a tym bardziej tak śmieszne jak tutaj) nie są warte zdrowia, nerwów i czasu spędzonego w tym miejscu. Odradzam każdemu!