W kwestii faktów.
Na początek pracy w Mahle (czyli jak pracownik Adecco), pracownik zarabia najniższą krajową, czyli bez nadgodzin 1300-1400 zł. Nadgodziny są płacone podwójnie, czyli każda sobota, bądź niedziela to jest powiedzmy plus 125 zł do pensji.
Ci, którzy przepracują minimum rok w Adecco dostają podwyżkę, w tej chwili jest to 1600-1700 na rękę, plus nadgodziny, w tym przypadku, każda sobota, czy niedziela, to jest jakieś plus 150 zł do pensji.
Po jakimś czasie można przejść do Mahle. Są tacy, którzy przechodzili po dwóch latach, są tacy, którzy czekają i pięć. W Mahle zarabia się trochę więcej, ale w tym momencie różnica między bardziej doświadczonymi pracownikami Adecco (czyli tymi, którzy pracują minimum rok) a pracownikami Mahle na pierwszych umowach, jest niewielka.
Różnica jest w premiach, które pracownicy zatrudnieni w Mahle dostają a ci w Adecco nie (z wyjątkiem świątecznych, czy tam noworocznych - w styczniu 2016, pracownicy Adecco dostali premię 500 zł brutto). Ciekawe jak to będzie teraz w tym okresie.
Co do kwalifikacji do pracy na hali - nie potrzeba żadnych, poza chęcią do pracy. Chyba, że ktoś ma ochotę do pojeżdżenia wózkiem, wtedy wiadomo, iż musi mieć niezbędne uprawnienia.
Teraz kwestie bardziej osobiste.
Zgadzam się, że najbardziej wkurzającym czynnikiem na hali są liderzy. Przynajmniej niektórzy, bo z wieloma da się dogadać, za to niektórym po prostu nasrało w łeb. Niektórzy z nich łażą po hali, z postawą zawodowego roznosiciela telewizorów, jakby już za chwilę mieli dostać awans na dyrektora.
Kiedy przyszedł na moje stanowisko kierownik, chcąc za coś tam opieprzyć. I opieprzył, ale podczas owej niezbyt długiej tyrady, stał grzecznie za linią, nie wchodząc na stanowisko i nie przeszkadzając mi w pracy. Tymczasem, jak idzie po linii lider, to nie dość, że zachowuj się jak pan świata, przed którym to ty musisz się schować, to jeszcze rozgarnia łapami, odpycha, wygłaszając "z drogi, to moja linia, ja tu rządzę".
Ich argumenty bywają śmieszne, lub żenujące, czy też obrażające ludzką inteligencję. Bo co to za argument "Masz zrobić tyle i tyle, bo taki jest plan i kierownik kazał"? A jak się, zwyczajnie po ludzku nie da? Tak jak nie da się pobiec stu metrów poniżej dziewięciu sekund? A to już lidera nie obchodzi.
Dlatego, liderami nie ma się co przejmować, ja często ich wyśmiewam, czy tam co najwyżej chowam w sobie, biorąc pod uwagę, że mam do czynienia z przygłupem. A ze jestem w miarę cierpliwym człowiekiem, to mi to nie przeszkadza.
Argumenty bywają czasem rozśmieszające. Np "Musisz przyjść w niedzielę, bo zespół przychodzi" (zespół w sensie linia). Jaki, k... zespół? Czy ja mam w umowie napisane coś o zespole? I dlaczego argument "zespołu, który wspólnie tworzymy", pojawia się jedynie w sytuacjach, gdy trzeba przyjść do roboty w niedzielę, bądź sobotę na drugą zmianę? I w żadnych innych?
Nigdy, powtarzam NIGDY nie dajcie się łapać na argument o "zespole". Jest to argument dla (usunięte przez administratora) Jeśli już takowy padnie z ust przełożonego, to zapytajcie na przykład, czy wy też dostaniecie premię, tak jak inni członkowie zespołu (czyli pracownicy Mahle)? Albo, czy członkowie "zespołu" są zobowiązani jeździć na wesela, imprezy rodzinne, czy różne wyjazdy w tym samym terminie, "no bo zespół"...?
Debile, więc debilnych argumentów używają.
I ostatnie słowo o liderach (przypominam, że piszę o niektórych tylko, bo są i normalni liderzy), nie dość, że debile, to jeszcze posrańcy. Boją się przełożonych tak, że niektórzy mają strach w oczach, gdy widzą jak do linii zbliża się szef wydziału a wyniku nie ma. A tego wyniku faktycznie nie ma, bo brakło komponentów do montowania, wiec linia stała powiedzmy dwie godziny. Co w tym momencie robi normalny lider? Podchodzi do szefa i mówi co i jak a jeśli szef o twarzy napęczniałego pomidora wciąż ma jakieś "ale", to się takiego szefa olewa i robi swoje. A tymczasem lider posraniec, pokrzykuje na ludzi, jakby oni byli winni.
Jest na hali w Mahle autentyczny lider - posraniec, który na widok zbliżającego się do linii szefa wydziału pokrzykuje "Robić!", "Co tam się, k... dzieje?!", "Jedziemy!", niczym siedemnastowieczny poganiacz niewolników, którym chyba faktycznie się czuje. Nie wiem co on myśli, czy chodzi o pokazanie szefostwu, jakim jest twardzielem i dowódcą z prawdziwego zdarzenia? Ale jeszcze bardziej zastanawia mnie fakt, co w takiej sytuacji myśli sobie o liderze szef wydziału, człowiek posiadający(przynajmniej z założenia) minimum inteligencji?
Śmiech mnie ogarnia, jak słyszę od jednego lidera, że on jest ambitny... To się pytam, człowieku, jaki, k... ambitny? Jak jesteś ambitny, to czemu nie poszedłeś na medycynę, prawo, ekonomię? Czemu nie zostałeś chirurgi