Chcesz się pośmiać? Poczytaj. 03.06.2017 18:08
Inne
W lutym aplikowałem na stanowisko „młodszy specjalista ds. wsparcia administracji” (ach, jak to ładnie brzmi!). Najpierw padły dwa pytania: 1. proszę powiedzieć coś o sobie (edukacja i poprzednie miejsca pracy) i 2. które z czynności wykonywanych w poprzednim miejscu pracy nadawałyby się w naszej firmie. Po tych pytaniach jedna z dwóch rekruterek zaczęła mówić, kogo dokładnie szukają i jakie ta osoba będzie mieć obowiązki. Trzeba m.in. dbać o wizerunek firmy. Jak liście z roślin spadną na ziemię, trzeba podnieść. Jak coś się wysypie, bierzemy odkurzacz. Korzyści pozapłacowe? W tego typu firmach standardem jest ubezpieczenie zdrowotne i pakiet multisport. Ecco Wood tego nie daje. Jedyna rzecz, jaką szef zapewnia to opłata parkingowa. Och, co za szczęście! Rekruterka ciągnie dalej: „My w zasadzie szukamy sekretarki, która oprócz standardowych prac biurowych będzie organizować spotkania z klientami. Trzeba zaproponować wodę, kawę zaparzyć. Ponieważ jest pan płci męskiej, chciałam zapytać, czy takie czynności by panu odpowiadały czy bardziej woli pan typową pracę biurową, przerzucanie papierów, np. przy rozliczeniach”? Odpowiedziałem, że jestem otwarty na wiele czynności, ale jeśli chodzi o moje preferencje to wolę pracę biurową. Rozczarowałem się poważnie, ponieważ w ogłoszeniu rekrutacyjnym tak istotna sprawa nie została jasno przedstawiona. Tam pisało tylko „obsługa bieżąca gości”, a to nie jest zrozumiałe samo przez się. Wcześniej pracowałem w ośrodku kultury i też miałem obsługę bieżącą gości, gdzie od poczęstunku i przyjmowania przy stole byli odpowiednio sekretarka i dyrektor. W ogłoszeniu ani słowem nie wspomniano o znajomości języka obcego. Teraz dopiero zostałem o to zapytany, bo delegacje z zagranicy tam przyjmują. Miałem się domyślić, że język też jest potrzebny? Jest wiele stanowisk biurowych, gdzie języka obcego nie używa się! Kolejne pytanie brzmiało, czy chciałbym stanowisko samodzielne czy pod stałym nadzorem przełożonego. Odpowiedziałem, że po nabraniu wprawy jak najbardziej mogę pracować samodzielnie. Ostatnie pytanie zaparło mi dech w piersiach. Chociaż w ogłoszeniu wyraźnie była mowa o umowie o pracę, zapytano mnie, jaką chcę umowę, bo oprócz umowy o pracę istnieją jeszcze inne rodzaje umów! Odpowiedziałem, że interesuje mnie umowa o pracę na pełen etat. Niczego nie sugerowali, ale ciekawe co za debil będzie prosił o umowę-zlecenie albo o dzieło? Najbardziej odpowiadałoby im chyba, gdybym nie chciał żadnej umowy! Firma zatrudnia około 100 osób, w tym dużo fizycznych, przy transporcie. Awanse są możliwe w zależności od tego, co pracownik będzie robił. Na stanowisku młodszego specjalisty do spraw filiżanek pracują dwie osoby. Rozmowa jest dwuetapowa. Do dwóch tygodni miałem dostać informacje, czy przeszedłem do drugiego etapu, jakim jest rozmowa z zarządem. Zaznaczyli, że szukają pracownika na zawsze, a nie na trzy, cztery miesiące. Szukać można, ale czy ktokolwiek z nich pomyślał, czym pracownika zatrzymać? Bo chyba nie tym, że pracownik ma się cieszyć, że nie musi opłacać firmowego parkingu?! Mój dwutygodniowy czas oczekiwania uzasadnili tym, że mają „ogrom kandydatów, którym muszą dać szansę”. Znam prosty sposób, jak ilość tą zmniejszyć – zamiast „specjalista ds. administracji” należało napisać „specjalistka ds. administracji” albo wręcz „sekretarka”. Zaoszczędziliby czasu sobie i kandydatom. Każda firma szuka ludzi ambitnych i rozwijających się. A więc oczekiwanie od chłopa robienia kawy (loda?) jest co najmniej śmieszne. Każda rozmowa wzbogaca człowieka o nowe doświadczenie. Warte jest nawet, jeśli trzeba za nie płacić – benzyna i parking, za który musiałem płacić 10 zł, ponieważ godzina kosztuje tam 5 zł. Dwa tygodnie minęły, nikt się nie odezwał. Zadzwoniłem więc ja, na różne numery. Najpierw nikt nie odbierał telefonu. W godzinach pracy! Za jakiś czas oddzwoniła jakaś młoda babka. Wyjaśniłem, po co dzwonię, przedstawiłem się. „A tak, pamiętam. Koleżanka rekrutowała. Przekażę i poproszę o informację zwrotną, dobrze?”. Za jakiś czas zadzwoniła inna babka: „Postaram się uzyskać informacje od zarządu, proszę za jakiś czas zadzwonić na moją komórkę”. Do końca dnia nie odebrała telefonu. Teraz chyba dopiero zaczęli szukać mojego CV? Następnego dnia komórka dalej milczała. Zadzwoniłem więc do osoby, do której poprzedniego dnia dzwoniłem najpierw. Odebrała i przekazała słuchawkę jednej z tych rekruterek, która prowadziła ze mną rozmowę. Najpierw zaczęła się tłumaczyć, że wczoraj dopiero odbyła się selekcja dokumentów (ciekawe, czy nastąpiłaby, gdybym nie zadzwonił!). "Bardzo przyjemnie mi się z panem rozmawiało, ale z przykrością muszę poinformować, że nie przeszedł pan do drugiego etapu". Dlaczego? „Tak jak mówiłam, nie zawsze posiadam informacje na temat powodów. Jeśli takie informacje będę miała, przekażę”. Na tym kontakt się skończył.