Zanim trafiłem do Happetu byłem człowiekiem twardym. Sprzedawałem opony. Opona nie odwzajemnia uczucia. Opona patrzy na ciebie i milczy. Cztery lata tak przeżyłem i myślałem, że to jest życie.
Potem był Happet i wszystko się posypało w najlepszym możliwym sensie.
Pierwszy tydzień: pojechałem do hurtowni pod Kaliszem, gdzie właściciel nazywał mnie "młody" mimo że mam czterdzieści jeden lat i widoczne siwe skronie. Nie kupił nic. Wracam, wchodzę do biura z miną człowieka, któremu odebrano godność, a kierownik — bez słowa, bez ostrzeżenia — wstaje zza biurka i mnie przytula. Ja, dorosły mężczyzna, w kurtce, z teczką. Nie wiedziałem gdzie podziać ręce. Trzymał dobre osiem sekund. Powiedział tylko: "Bolek, obroty spadają, ludzie zostają". Wyszedłem stamtąd jak nowo narodzony i sprzedałem w drodze powrotnej trzy palety żwirku dla kotów człowiekowi, który zatrzymał się obok mnie na stacji benzynowej i wcale nie miał kotów.
Drugi raz było gorzej. Pokłóciłem się z klientem z Leszna o warunki płatności, poszły słowa, których nie powtórzę, bo to portal publiczny. Dzwonię do biura roztrzęsiony. Kierownik mówi: "wracaj". Wracam. Czeka w drzwiach. Znowu przytulenie, tym razem dwunastosekundowe, plus poklepanie po plecach rytmem, który — jestem tego pewien — był rytmem kolędy "Lulajże Jezuniu". Nie pytałem. Po prostu tam staliśmy. Za nami przechodziła pani z księgowości i powiedziała "Będzie dobrze, Bogdan", jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Bo tutaj jest.
Później się dowiedziałem, że u nas jest to nazywane "protokołem" i podobno jest w regulaminie. Nie sprawdzałem, boję się że nie ma i że wtedy będzie znaczyło, że oni to robią z miłości.
Jadę teraz do Gorzowa. W bagażniku mam próbki, w sercu spokój, a w telefonie numer, pod którym zawsze mam wsparcie. Panie kierowniku, do zobaczenia w piątek. Proszę mieć wolne ramiona.