Wywiady z Profitax Poznań Poznań
Profil nieoficjalny
Profil nieoficjalny
UL. JASIELSKA 10 lok. 9/I PIĘTRO 60-476 Poznań
*GoWork nie weryfikuje każdej opinii przed publikacją, jednak analizujemy zgłoszenia i usuwamy wszystkie treści naruszające regulamin.

Fji Sp. z o.o.
Arkadiusz Sankiewicz
Przedsiębiorstwo Handlowo-Usługowe Ewa Rymszewicz
Ludomiła Bazyli Biuro Prawne Biuro Rachunkowe a conto tax
Inkaso Hermański Sp. z o.o.
Zachodnie Centrum Inwestycyjne Sp. z o.o.
International Work Agencja Pośrednictwa Pracy Sp. z o.o.
CRM Group Sp. z o.o. sp.k.
Edg Spółka Audytorska Sp. z o.o.
Busy Bee Tax And Accounting Sp. z o.o.
Otrzymuj powiadomienia o nowych opiniach, ofertach pracy, aktualnościach oraz wywiadach!
Wywiadu udzielił/aNikita B.
22.08.2026 18:10
Jaką historią zawodową chciałaby się Pani podzielić?
Chciałabym podzielić się moją historią zawodową związaną z zatrudnieniem w firmie Profitax Poznań Sp. z o.o. Pracowałam tu przez 7 miesięcy, oficjalnie 8. Początkowo łączyłam zatrudnienie z pracą w innym miejscu, z którym byłam związana już od czterech lat. Niestety, ta druga firma w czasie kryzysu musiała uciąć moje godziny i szefowa zaproponowała mi dodatkową pracę u jej koleżanki - tak trafiłam do Profitax Poznań.
Na początku byłam tu zatrudniona na umowę zlecenie z pracą po dwa-trzy dni w tygodniu. Po trzech miesiącach przeszłam na dłuższe okresy - tydzień, dwa z rzędu.
W końcu szefowa tej drugiej firmy zaprosiła mnie na rozmowę i powiedziała, że jej koleżanka z Profitax bardzo chce mnie zatrudnić już na cały etat i zapytała, czy ja chciałabym tam pracować, na co odpowiedziałam, że tak, ponieważ wtedy widziałam w tej pracy możliwość rozwoju. Założycielka firmy Profitax nie rozmawiała ze mną na temat zatrudnienia aż do momentu podpisania umowy, więc cały temat mojego przejścia do nowego miejsca mnie ominął, choć był on przekładany kilka razy, a mnie o tym informowano post factum, co dla mnie wyglądało nieprofesjonalnie i czułam się tak, jakbym nie kontrolowała własnej zmiany pracy. Ostatecznie, po czterech miesiącach od początku mojej przygody z firmą Profitax, zatrudniono mnie na cały etat na umowie o pracę.
Na czym polegała Pani rola w organizacji?
Na początku pomagałam w sprawach biurowych - archiwizacja dokumentów, kontakty w roboczych oraz prywatnych sprawach założycielki, uczyłam się systemów i wykonywałam proste zadania związane z księgowością, z którą do tej pory nie miałam styczności. Po oficjalnym zatrudnieniu zostałam poinformowana, że będę uczyć się księgowości, ale muszę podpisać weksel na okres dwóch lat po zakończeniu nauki. Zgodziłam się, choć z tego, co mi wiadomo, tylko ode mnie czegoś takiego wymagano. Od razu dostałam dostęp do jednego ze szkoleń, myślałam, że zaczęłam się uczyć. Skończyło się jednak na ukończeniu jednego szkolenia samodzielnie i jednego, które przeszłam jednocześnie z inną pracownicą. Weksla więc finalnie nigdy nie podpisałam.
Niedługo zaproszono mnie na rozmowę i poinformowano, że zmieniamy kierunek mojej nauki i teraz będę uczyć się prowadzenia kadr. W tym obszarze nie przeszłam jednak finalnie żadnego szkolenia - wytypowana koleżanka pokazała mi po prostu parę rzeczy, a ja wciąż kontynuowałam pomoc przy sprawach księgowych biura, archiwizacji i pakowaniu dokumentów wysyłanych do klientów.
Po jakimś czasie po raz kolejny zostałam zaproszona na rozmowę i poinformowana, że zostanę asystentką założycielki firmy. Przez cały czas byłam zatrudniona jako specjalista do spraw biurowych.
Jak wyglądały Pani początki w firmie - wdrożenie, poznanie zespołu i obowiązków? Jak ocenia Pani onboarding?
Moje początki w tej firmie wyglądały chaotycznie. Pracowałam głównie z założycielką firmy, a ona nie dawała mi instrukcji, jak wykonywać zadania, które ja z kolei robiłam po raz pierwszy w swoim życiu. Po każdej ukończonej czynności przychodziłam do niej, żeby sprawdziła i zostawałam odsyłana, żeby przerobić pracę, bez tłumaczenia. Dużo musiałam zgadywać, bałam się zadawać pytania ze względu na jej styl komunikacji. Przychodziła też do pracy ok. 11, później niż ja, więc radziłam sobie sama. Ona sama powiedziała mi na początku, że jedna z byłych pracownic zawsze twierdziła, że współpraca z nią jest chaotyczna i podobno lepiej się jej pracowało wtedy, kiedy założycielki nie było w biurze. Wtedy jej odpowiedziałam, że ja nie mam takiego problemu. To, o czym mówiła była pracownica, uświadomiłam sobie i zrozumiałam z czasem.
Co sądzi Pani o komunikacji w zespole oraz relacjach między pracownikami?
Zespół składał się z dwuosobowego szefostwa, czyli dwóch wspólniczek-koleżanek (jedna z nich była założycielką firmy, a po przekształceniu jej w spółkę została członkiem zarządu), córki ich trzeciej koleżanki, czyli mojej poprzedniej szefowej, oraz starszej pani, emerytki, która pracowała trzy dni w tygodniu. Pierwsze trzy miały ze sobą dobre stosunki, a czwarta w zasadzie była neutralna. Obcą w tym gronie byłam tylko ja i bardzo mocno to odczułam w tym, jak mnie traktowano.
Jak odbiera Pani swoją współpracę z przełożonym/przełożonymi?
Każda ze wspólniczek firmy tłumaczyła rzeczy po swojemu, podczas wykonywania jednego zadania dostawałam różne wytyczne, po czym musiałam każdą rzecz poprawiać, ponieważ nie pasowało takie wykonanie innej. Polecenia w tej firmie wychodziły jako nakazy, nigdy nie jako zadania. Założycielka często sama nie była wyraźnie zdecydowana, jak miały być wykonywane jej zlecenia - miała różne pomysły, ale nie wiedziała, jak chce je realizować. Musiałam dużo zgadywać, a na końcu i tak poprawiać, bo w tym momencie nie tak to widziała w swojej głowie.
Jakie jest Pani zdanie na temat sposobu przekazywania informacji zwrotnych na temat Pani pracy?
Żadnych informacji zwrotnych na temat mojej pracy nie otrzymywałam, chyba że były to uwagi za zwykłe ludzkie pomyłki, jak np. wtedy, gdy przy wprowadzaniu pow. 200 pozycji ręcznie do wyciągów bankowych, pomyliłam się kilka razy. Gdy za jakiś czas ponownie zostałam przydzielona do tego zadania, usłyszałam, że muszę myśleć i uważać, żeby druga wspólniczka nie musiała po mnie poprawiać. Z reguły sama poprawiam swoje błędy, ale w tym przypadku nie było mi wytłumaczone, jak się wchodzi na wyciągi bankowe, na których widać będzie wszystkie pomyłki. Dostawałam otwarty plik, do którego musiałam wprowadzać dane.
Albo w sytuacji, gdy założycielka poprosiła mnie o zrobienie skanu dokumentu i wypełnienie go, a ja zrobiłam dokładnie to, o co prosiła, tymczasem ona zaprosiła mnie do swojego komputera i zaczęła “uczyć mnie”, jak z wydruku przepisuje się dokument w Wordzie. Skomentowała to przy tym słowami: możesz zrobić to po ludzku?.
Jedyne więc informacje zwrotne, które otrzymywałam, były negatywne oraz złośliwe. Nie pamiętam, bym otrzymała konstruktywną krytykę, która pomogłaby mi w rozwoju.
Jakie sytuacje w pracy szczególnie zapadły Pani w pamięć? Dlaczego właśnie te?
Pierwsze, co oznajmiła mi założycielka firmy przy zatrudnieniu, to to, że będę musiała dostarczyć zaświadczenie o niekaralności. Zapewniła przy tym, że wszyscy pracownicy pojadą jednego dnia do sądu i dostaną ten dokument. Nie miałam z tym problemu, dopóki nie wyszło na jaw, że żaden z pozostałych pracowników nie wiedział o tym planie pozyskania zaświadczeń, co pokazało mi, że potrzebne było ono wyłącznie ode mnie, jak sądzę dlatego, że byłam obca.
Następnie okazało się, że w firmie nie ma pomieszczenia socjalnego, nie ma też przerwy obiadowej - każda z pracownic jadła po prostu przy komputerze podczas pracy. Nieraz przynosiłam jedzenie i musiałam je wyrzucić, ponieważ psuło się w gorącu, a rozmiar lodówki pozwalał tylko na przechowywanie w niej małych rzeczy, jak na przykład kilka kartoników 0,5 litra mleka; pojemniki nie mieściły się.
W firmie pojawiali się regularnie klienci, trzeba było zrobić im kawę, jednak nie było na to wydzielonego miejsca - ekspres kawowy stał na pustym biurku, naczynia były przechowywane w szafce biurowej. Obowiązek ich mycia po spotkaniach z klientami automatycznie spadł na mnie, jednak bardzo szybko pracownice zaczęły podrzucać mi również swoje kubki oraz talerze. Kiedy zauważyłam, że przestały zmywać po sobie i klientach, ja też przestałam to robić, bo przecież nie miałam tego w zakresie obowiązków służbowych. Zaczęłam więc pozwalać składować się tym brudnym naczyniom przez kilka dni. Wtedy usłyszałam od szefowej: może umyj te naczynia?. Tymczasem ciepłej wody we wspólnej łazience na całe piętro biurowca wystarczało na umycie trzech kubków, natomiast po większych spotkaniach było ich zwykle po trzy-cztery, do tego tyle samo szklanek oraz średnio pięć talerzyków, czasami więcej. Bywały więc dni, że potrzebowałam zanosić naczynia do łazienki “na raty”. Do tego, niektóre z nich musiałam namaczać, bo druga wspólniczka zostawiała je zaschnięte po jedzeniu. Najgorzej było wtedy, gdy miałam dużo pracy i musiałam wyrobić się z konkretnym zadaniem do 16:00 lub 16:10, a po tym trzeba było i tak iść zmywać. Pracownica na tym samym stanowisku oraz wspólniczka, też zajęte, wychodziły jednak o 16, zostawiając mi po sobie zmywanie. Założycielka firmy po sobie naczyń nie myła, a nawet podczas spotkań wychodziła ze swojego pokoju i stawiała brudne naczynia na moim biurku, tak po prostu na dokumentach, przy których akurat pracowałam, i mówiła: zrób jeszcze.
Nie raz byłam wysyłana na zakupy do piekarni, galerii handlowej, kwiaciarni, zawoziłam syna założycielki firmy do domu jej samochodem, wypełniałam jej prywatne oraz rodzinne dokumenty urzędowe i stresowałam się tym, bo z kolei ona denerwowała się, gdy dopytywałam o dane osobiste członków jej rodziny albo nie wiedziałam, jakie informacje musiałam podawać na tych dokumentach.
Obowiązek wysyłania korespondencji też padł na mnie, ale wychodzenie wcześniej lub w trakcie pracy w tej sprawie nie było normą, więc musiałam załatwiać to po godzinach, poświęcając 10-20 minut prywatnego czasu oraz płacąc z własnych pieniędzy za postój na parkingu przy najbardziej pasującej mi placówce pocztowej na mojej drodze do domu. Prowadziłam ewidencję późniejszych wyjść przez jakiś czas na swoim telefonie, dopóki nie zrozumiałam, że to nie jest w moim przypadku wyjątek, a norma, więc w zasadzie nie ma to sensu.
Jako jedyna musiałam też prowadzić rejestr wyjść i powrotów “z papierosa”. Próbowałam na ten temat rozmawiać z założycielką firmy, tłumacząc, że nie mam problemu z zostawaniem 10-15 minut dłużej, żeby dokończyć zadania, w dodatku nie mam przecież przerwy obiadowej, a na papierosa wychodzę trzy razy dziennie po 5 minut. Nie chciała jednak wysłuchać nawet jednego zdania - przerywała mi i mówiła, że jest to “prawem szefa”, a ona chcę wiedzieć, gdzie jestem, gdy nie ma mnie na miejscu. Najpierw taką ewidencję szefowa zaleciła mi prowadzić na swoim telefonie, żebym, jak stwierdziła, „sama wiedziała z ciekawości”, ale później musiałam już wydrukować kartkę i wpisywać ręcznie każde wyjście i powrót. Żadna inna pracownica nie miała w obowiązku prowadzenia takiej listy, choć nie paliły, ale wychodziły do sklepu oraz na rozmowy telefoniczne.
Przykra była dla mnie również sytuacja, gdy dostałam zadanie zaprojektowania strony internetowej firmy, ponieważ prywatnie uczyłam się designu stron internetowych, a potem w tym samym programie musiałam zrobić projekty bannerów oraz roll-upów firmowych, za co nie dostałam żadnej dopłaty, choć nie wchodziło to w moje obowiązki.
Jak ocenia Pani sposób rozwiązywania problemów lub niejasności przez firmę / przełożonych?
Ta odpowiedź będzie krótka, ponieważ wszystkie niejasności oraz problemy były rozwiązywane przez pracowników metodą prób i błędów, bo nawet jeśli wiedziałyśmy, co mamy robić, to każda ze wspólniczek widziała to inaczej i każda myślała, że jej sposób jest prawidłowy.
Jak ocenia Pani poziom dbałości firmy o dobrą współpracę i komunikację w zespołach?
Bardzo negatywnie. Cały czas czułam stres, atmosfera była gęsta. Starsza pracownica z zespołu ewidentnie bała się założycielki, zaś córka ich przyjaciółki (a mojej byłej szefowej) z założycielką prawie nie rozmawiała, poza sytuacjami, gdy było to konieczne, zaś my między sobą też nie miałyśmy żadnych relacji, nawet tzw. small talków, poza omawianiem wspólnych zadań. Tymczasem, zanim przyszłam do tej pracy, to obydwie miałyśmy bardzo dobre stosunki, jednak później ona podpatrzyła sposób traktowania mnie tak, jak wspólniczki, a ja straciłam chęć odzywania się do kogokolwiek w tym miejscu.
Jak praca w tym miejscu wpływała na Pani codzienne funkcjonowanie i podejście do pracy?
Mimo opisywanych trudności moje podejście do pracy nigdy się nie zmieniało, wykonywałam swoje obowiązki sumiennie i adekwatnie do wiedzy, którą dostałam w tej firmie. A moje funkcjonowanie poza pracą ograniczało się do odpoczynku i prób zrelaksowania się, jednak nie miałam ochoty na robienie niczego oprócz siedzenia przy serialu i dziergania; nie chciało mi się spotykać ze znajomymi ani z nikim się kontaktować. Bardzo często wychodziłam z pracy zapłakana.
Czy nadal pracuje Pani w tym miejscu? Jeśli nie - jak doszło do zakończenia współpracy?
Nie pracuję w tej firmie, zostałam zwolniona kilka miesięcy temu bez oficjalnego wskazania przyczyn. W dniu, w którym poinformowano mnie o wypowiedzeniu umowy, pracowałam jak zwykle od 8 do 14, dostawałam oraz wykonywałam zadania, a o 14 założycielka wezwała mnie do siebie i wręczyła dwa egzemplarze wypowiedzenia umowy, dodając przy tym: nie mogę z tobą dłużej pracować. Zapytałam, co się stało, na co dostałam odpowiedź, że tak już ma. Powiedziałam, że ja jednak chciałabym znać przyczynę, a ona na to: tak mam, że jak ktoś mnie raz zawiedzie, to więcej nie będę w stanie z nim pracować. Nie wytłumaczyła mi przy tym, co konkretnie ją zawiodło, więc ja potem zaczęłam to analizować. I jedyne dwie sytuacje, które przychodzą mi do głowy, to wyniesienie poza granice firmy informacji o podejrzeniu choroby zakaźnej przełożonej albo kwestia prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego współpracownicy.
W tym pierwszym przypadku chodziło o to, że nowa przełożona pojawiła się w pracy, informując o podejrzeniu choroby zakaźnej, jednak po wizycie u lekarza nie potwierdziła, czy rzeczywiście ją ma. Ja natomiast miałam spotkać się z ciężarną koleżanką, ta informacja była więc dla mnie istotna - chciałam wiedzieć, czy jest ryzyko, że ją zarażę. Ponieważ od przełożonej odpowiedzi nie otrzymałam, zapytałam moją poprzednią szefową, czyli jej bliską znajomą, czy zna diagnozę. Zostałam wówczas skrytykowana za samo zadanie pytania.
W drugim przypadku chodziło o to, że usunęłam z prywatnego ubezpieczenia pracownicę - córkę byłej szefowej, działając oczywiście na jej wyraźną prośbę. Przełożona założyła, że zrobiłam to na polecenie byłej szefowej, więc powiedziała mi wtedy, że jeśli chcę słuchać się byłej szefowej, to zostanę zwolniona i będę mogła sobie wrócić do poprzedniej firmy (było to złośliwe, ponieważ przełożona wiedziała, że poprzednia firma nie była wtedy w stanie mnie zatrudnić), tymczasem była szefowa z tą sytuacją nie miała do czynienia.
Wypowiedzenie dostałam na dwa tygodnie, zwolniono mnie jednocześnie z obowiązku świadczenia pracy w tym okresie. Zaczęłam szukać nowego zatrudnienia, ale za każdym razem, gdy wchodziłam na strony z ofertami pracy, dostawałam ataku paniki, bo bałam się trafić do podobnej firmy. Przestałam spać, musiałam zgłosić się do psychiatry. Dostałam zwolnienie lekarskie (z którego nie otrzymałam żadnego zasiłku - nie poszłam do lekarza po to, by coś dostać, tylko po to, żeby zacząć spać i być w stanie znaleźć nową pracę...).
Jednego dnia musiałam podjechać do biura w celu dopełnienia formalności w związku z rozwiązaniem umowy, otrzymałam przy tym wnioski urlopowe i kazano mi podpisać je za niewykorzystany urlop, co też zrobiłam, bo nie byłam w dobrym emocjonalnie stanie na to, by się kłócić, siedząc naprzeciwko założycielki firmy.
Wypłatę za ostatni miesiąc dostałam z tygodniowym opóźnieniem w dwóch płatnościach i to po upomnieniu się, choć, zgodnie ze stałą praktyką w tej firmie, wypłata zawsze była w ostatnim dniu roboczym danego miesiąca.
Czy są jakieś obszary, o które - Pani zdaniem - pracodawca powinien szczególnie zadbać? Jakie zmiany i rozwiązania mogłyby zostać wprowadzone?
Szczerze mówiąc, ta firma jest tak “rodzinna”, że nie widzę możliwości jej przemiany, dopóki nie zmieni się podejście do prowadzenia biznesu w zarządzie. A według mnie, wszystko należałoby zmienić od podstaw, począwszy od procesu onboardingu i przekazywania informacji, a kończąc na relacjach między pracownikami, które tworzy szefostwo. Bo najwięcej trudności w pracy sprawiała właśnie współpraca z założycielką - to ona najbardziej powinna zmienić podejście do pracowników, styl przekazywania komunikatów oraz powierzania zadań na sposób bardziej klarowny i mniej chaotyczny.
Co jest dla Pani najważniejszym aspektem, który wyniosła Pani z tej współpracy?
Najważniejszym aspektem, który wyniosłam z pracy tutaj, jest przykre przekonanie, że jeśli chcę rozwijać się oraz pracować w zgranym i profesjonalnym zespole, to, niestety, nie warto wybierać firm rodzinnych z małą liczbą pracowników - bardzo się zraziłam. Również to, że jeżeli już na początku widzę jakieś przesłanki na niezdrowe traktowanie pracowników, to nie warto godzić się na takie warunki i lepiej przemyśleć dalsze zatrudnienie.
Na co szczególnie chciałaby Pani zwrócić uwagę osób, które zamierzają podjąć pracę w tej organizacji?
Myślę, że wszystkie moje odpowiedzi są bardzo wymowne, jeżeli chodzi o aspekty, na które warto zwrócić uwagę. Mam nadzieję, że kiedyś to się zmieni, ale na ten moment po prostu nie polecam tutaj pracy.
Czy jest coś, czego nie poruszyliśmy, a co Pani zdaniem jest istotne, aby lepiej zrozumieć Pani doświadczenie pracy w tej firmie?
Chciałam dodać tylko kilka drobnych rzeczy, które nie tyle miały wpływ na moje doświadczenie, co były dla mnie dziwne lub nieprzyjemne.
Ani przy zatrudnieniu, ani od przełożonych nie usłyszałam nigdy, że w firmie jest całkowity i oficjalny zakaz korzystania z telefonów komórkowych. Mimo że ja i tak nie brałam telefonu do rąk częściej niż raz na dwie godziny, jeżeli była taka potrzeba, albo wtedy, kiedy wychodziłam na przerwę “na papierosa”, to i tak kilka razy usłyszałam od drugiej wspólniczki: musisz trochę zejść z telefonu - brzmiało to tak, jakbym używała go przez cały dzień.
Albo inna sytuacja: raz dostałam wiadomość od założycielki firmy o 3 w nocy, w której napisała, że chce się uczyć języka rosyjskiego. Potem w biurze dopowiedziała, że chce wykorzystać to, że u niej pracuję oraz moją znajomość rosyjskiego, żeby też go sobie przypomnieć. To było dla mnie dziwne pod względem dwóch rzeczy - korepetycje z języków obcych nie wchodziły w zakres moich obowiązków, a w dzisiejszych czasach temat języka rosyjskiego jest dość delikatny, zwłaszcza dla mnie.