Naszło mnie na wspomnienia i przypomniałem sobie, jak szukałem pierwszej roboty w branży. Poszedłem na rozmowę rekrutacyjną do GSD, nic nie wiedząc o tej firmie. No ale lokalizacja była nieciekawa i już taki przyszedłem, że meh. Rozmowa poszła ok, potem dostałem ofertę pracy na minimalną. Nie znałem rynku, mówię sobie, że fajnie, ale czekałem na zakończenie innych rekrutacji. Zaczął się maraton telefonów od szefa. Że kiedy podpiszę, że już mam podpisać. Odwlekałem, bo miałem zaplanowany wyjazd na konferencję, niemniej nie przeszkodziło to w wydzwanianiu. Potem jak tylko zakończył się inny proces rekrutacyjny, do ciekawszej firmy za dwa razy lepsze stawki, zadzwoniłem, przeprosiłemi i życzyłem powodzenia. No i się nasłuchałem, że co to ze mnie za człowiek, że wolę iść do korpo. No było to niesamowite wrażenie bycia zmobingowanym bez nawet podpisania umowy:D
Teraz się z tego śmieje i jak sam rekrutuję ludzi z małych firm IT, to widzę, że trochę jest to zatrzymanie w rozwoju i współczuję im. Cieszę się, że przeszedłem tę drogę, bo wiele mnie nauczyła, jednak jestem pewien, że długo bym w tej firmie nie posiedział.