Opinia byłego pracownika Opery Śląskiej
Przepracowałam w Operze Śląskiej pięć lat. Pięć lat mojego życia, zaangażowania i serca włożonego w miejsce, które miało być dla mnie czymś więcej niż tylko pracą. Niestety, ten rozdział pozostawił we mnie tak bolesne wspomnienia, że ich skutki odczuwam do dziś.Najbardziej przykre jest to, że instytucja reprezentująca kulturę, sztukę i wrażliwość może kryć zupełnie inną rzeczywistość od tej, którą widzi publiczność. Z mojego doświadczenia wynika, że pracownicy byli narażeni na zachowania, które odbierałam jako poniżające i ośmieszające. Zamiast szacunku pojawiały się komentarze, śmiech za plecami i poczucie upokorzenia.Szczególnie trudno mi zaakceptować fakt, że zachowania, które tak mocno zapadły mi w pamięć, dotyczyły osoby pełniącej funkcję dyrektora. Osoby, która powinna być przykładem kultury osobistej, odpowiedzialności i szacunku wobec drugiego człowieka. Uważam, że stanowisko kierownicze zobowiązuje do czegoś więcej niż tylko zarządzania instytucją. Zobowiązuje przede wszystkim do odpowiedzialności za ludzi.Bardzo bolesny jest również los pracowników, którzy spędzili w Operze wiele lat, oddając jej swój talent, czas, energię i całe serce. Dla wielu z nich nie była to zwykła praca, lecz pasja, część życia i miejsce, z którym wiązali swoje zawodowe losy. Mimo tego niektórzy nie wytrzymali presji i sposobu traktowania, decydując się odejść. To ogromnie smutne, kiedy ludzie, którzy tak wiele dają instytucji, dochodzą do momentu, w którym muszą wybrać własny spokój i godność.Kolejnym niezwykle trudnym aspektem były relacje między pracownikami. W moim odczuciu zdarzały się sytuacje, w których przekazywane informacje prowadziły do nieporozumień i konfliktów. Powstawała atmosfera nieufności, a ludzie zamiast czuć, że tworzą jeden zespół, musieli mierzyć się z napięciami i wzajemnymi podejrzeniami.Można było odnieść wrażenie, że skłóconymi ludźmi łatwiej zarządzać niż tymi, którzy się wspierają, rozmawiają ze sobą i potrafią budować dobre relacje. Przykre było również poczucie, że trzeba uważać na okazywanie sympatii i utrzymywanie bliższych, przyjacielskich kontaktów w pracy, ponieważ mogło to spotkać się z dezaprobatą dyrektora.Czy naprawdę w instytucji kultury ludzie powinni obawiać się tego, że się lubią, wspierają i potrafią ze sobą rozmawiać? Przecież zaufanie, współpraca i wzajemna życzliwość powinny być siłą każdego zespołu, a nie powodem do niepokoju.Nie piszę tego, by kogokolwiek obrażać ani szukać zemsty. Piszę, ponieważ uważam, że o takich doświadczeniach należy mówić otwarcie. Za każdą osobą, która odchodzi z pracy, stoi człowiek, jego historia, emocje i lata poświęcenia. Tego nie widać na scenie, ale to również jest częścią prawdy o funkcjonowaniu instytucji.Po pięciu latach pracy pozostało we mnie ogromne rozczarowanie i ból. Najtrudniej pogodzić się z tym, że miejsce, któremu poświęca się kawałek swojego życia i całe serce, może pozostawić po sobie tak trudne wspomnienia.Kultura zaczyna się od człowieka. Nie od stanowiska, tytułu ani pięknego wizerunku instytucji, lecz od tego, jak traktujemy drugiego człowieka.Żaden dyrektor, żadne stanowisko i żadna instytucja nie powinny stać ponad ludzką godnością. Pracownik zasługuje na szacunek niezależnie od tego, jaką funkcję pełni i jak długo pracuje.
Bo prawdziwą miarą instytucji kultury nie jest wyłącznie to, co pokazuje publiczności na scenie, ale również to, jak traktuje ludzi, którzy tę scenę tworzą.I o tym nie powinno się milczeć.