Na rozmowie wszystko super.
Jasno przedstawilam moje oczekiwania - jasne zasady pracy, potrzebę feedbacku na bieżąco a nie negatywny zrzut raz na kilka dni, wszystko potwierdzone.
Ładnie przedstawiono ideę fundacji - pomoc ludziom którym grozi wykluczenie. Wszystko pięknie.
Pierwszy dzień - oczekują 8h siedzenia i patrzenia jak druga osoba pracuje. Technika nauki jest dobra, tylko nie w tak długo, powinno być to przeplatane innymi zadaniami lub firmami nauki. Co ciekawe dyrektor latami pracowała w szkole i powinien to wiedzieć.
W biurze panują warunki nieodpowiednie do pracy. Było bardzo duszno i gorąco, kiedy zgłosiłam to, usłyszałam - tak już mamy, nie możemy zamknąć kaloryferów a na dole jest pizza hut i grzeje. Kiedy ten sam problem zglosila koleżanką, okazało się, że jednak można otworzyć okno.
Wyszłam 3 razy, za pozwoleniem, było mi trudno wytrzymać w tym zaduchu i proces nauk był bardzo intensywny, przerwy są wskazane przy takiej nauce.
Drugiego dnia dostałam na prywatnego maila instrukcje do logowania, używałam telefonu do tego i dostałam opr. Że używam telefonu, wytłumaczyłam w jakim celu, to usłyszałam, że mogę się zalogować na prywatnego maila na komputerze służbowym (nie polecam tego że względów prywatności, serio. Z resztą do logowania na maila wciąż potrzebie telefonu).
Na przerwę chciałam wyjść do sklepu na dole. Dostałam pozwolenie. Po powrocie dostałam opr. Od osoby która mi dała to pozwolenie, że tak nie można. Tom dlaczego mi pozwoliła?
Poprosiłam o rozmowę, dostałam gigantyczny opierdziel, że nie trzymam się zasad, które nie zostały mi przedstawione. Miałam przeczytać plik zasad. Powiedziałam, że zrobię to w wolnym momencie w pracy, chciałam pokazać, że mi zależy. Usłyszałam, że mam to zrobić w domu, nie w godzinach pracy.
Szkoda, że zasad nie przedstawiono wcześniej.
Zarzucono mi, że chce wprowadzić własne zasady, zupełnie nie było to moja intencja.
Osoba zarządzająca biurem w bardzo pasywno-agresywny sposób rozmawiała ze mną, mówiąc że mam podejście "korporacyjne". Do tej pory nie wiem co to znaczy, ta osobą nie umiała tego dobrze wytłumaczyć.
Usłyszałam, że w tej pracy nie ma czasu na przerwy 20min. To brzmi jak źle zarządzanie pracą, jeśli nie ma 20min na przerwę.
Kawę miałam robić o 7.50 bo wtedy jest czas na takie rzeczy.
Inni pracownicy mogli sobie robić bez problemu w trakcie okienek pomiędzy zadaniami.
Byli pracownicy byli głośno obgadywani. Czepiano się np. tego co mieli w szufladach czy szafkach - wyliczano ilość słodyczy. To jakiś absurd.
Najciekawsze jest to, że misją fundacji jest aktywizacja osób, którym grozi wykluczenie.
Praca polega jednak głównie na sprzedaży wycieczek. Koszt zagranicznej to nawet ponad 5000zl. Chętnie poznam osoby, które są wykluczone i kilka razy do roku latają na różne kontynenty.
Budżet fundacji nie jest dostępny, szkoda, budzi to wiele ciekawości.
Z plusów - kawa smaczna, koleżanką-mentorką niezwykle pomocna i sympatyczna :).
Tak samo inne osoby nie zajmujące się zarządzaniem. Pozdrawiam serdecznie.
Jeśli szukasz tam pracy - szukaj dalej. Serio, szkoda życia na pierdoły. Jest dużo ciekawszych miejsc, w których szanują prawa pracy.
Ps.
Rotacja koszmarna, najdłuższej pracująca osoba na moim stanowisku - 6 miesięcy.
Jedna z osób na dniu próbnym bez słowa wyszła i nie wróciła.
W zasadzie, nie dziwie się jej ;)