Byłam zatrudniona jako ankieterka. Ankiety miałam przeprowadzać w domach w Krakowskich mieszkaniach. Wydawało mi się w porządku, obiecywano mi, że ta praca nie będzie zajmować mi całego dnia, że nawet innej pracy będę mogła się podjąć. No i super. Do czasu aż nie zaczęłam pracować. Dano nam takie małe laptopy. Na samej rekrutacji nie wydawał się źle, ale pracodawca... starszy człowiek który wydawał mi się cały czas znerwicowany. Gdy grzecznie chciałam zapytać o coś związane z samym sprzętem, bodajże pytałam, czy komputer jest zabezpieczony przed wirusami, czy czymś - wiem, że brzmi to zabawnie, ale żeby odsyłać ankiety, musiałyśmy się łączyć z internetem, więc w moim przypadku z internetem w domu. Jako, że kiedyś słyszałam, że istnieją wirusy, co by mogły "coś złego zrobić" jeśli podłącze takie do swojej sieci WiFi, chciałam się po prostu grzecznie zapytać. Pracodawca nawet nie wiedział o czym mówię. Potem wyszło na jaw, że w ogóle nie wiedział jak się obsłużyć tym sprzętem... Super. Ale okej. Dano mi - uwaga - 50(!!!) ankiet na... 3 dni... Wiecie, byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że zrobienie JEDNEJ ankiety z tym komputerem zajmowało nie 5-10 minut... a CONAJMNIEJ 40 minut. Prawie nikt nie chciał mnie przyjąć do domu, a jak już przyjęli to po 20 minutach zaczęli tracić cierpliwość i się im nie dziwię. Pytania były często bardzo głupie, powtarzające się np. "w skali od 1-10 jak pan/pani jest zadowolony z usług tego i tego" a potem pytanie "w skali 1-10 czy usługa ta i ta powinna być polepszona?" A potem jeszcze pytanie pisemne coś w rodzaju "co Pana/Pani zdaniem powinno się zrobić by to i to lepiej funkcjonowało". Pomijam już to, że skale... Tak duże skale. Po co? Ludzie się niepotrzebnie zastanawiają. Tak samo anonimowość ankiet. Trzeba podać adres i telefon. W zasadzie na pięć osób, które wytrzymały tę niecałą godzinę, tylko jedna podawała dane. Bardzo nie przemyślane. W ogóle. Argumentem tego, by dać mi 50 ankiet było to, że jestem z Krakowa i po prostu po "znajomych się przejdę" i będzie. Ta, jasne. Ale to jeszcze nie koniec! Kiedy już oddałam wszystkie ankiety, a biegałam(!) z nimi całe dwa dni, CAŁE dwa dni... to dostałam informacje, że coś tak podejrzane dane tam powypisywałam... Czyli w ogóle nadwyrężono moją ufność. Oczywiście okazało się, że większość (bo jednostki np. telefonów okazały się nieprawidłowe - wina osób które mi te telefony podały) ankiet była w porządku. Dowiedziałam się tego poprzez otrzymanie od pracodawcy telefonu do osoby, która to weryfikuje. Tam w końcu doczekałam się prawdziwej życzliwości. Pan był uprzejmy i miły. A co zabawne, kiedy powiedziałam mu o 50 ankietach i 3 dniach, dopytywał się, czy się nie pomyliłam, ale nie. Powiedział mi, że nawet zaawansowani nie dostają 30 ankiet na tydzień(!!!). Więc tego było za wiele. Rzuciłam to. Ale to jeszcze nie koniec :). Obiecywano mi, że otrzymam wynagrodzenie już po miesiącu, max dwóch. Dostałem po ... czterech...? I to też marne 20zł za ankietę... Wiecie, gdyby co godzinę robić jedną ankietę to spoko. Wychodziło by 20zł/h, ale nie w przypadku, gdy dziennie może 3-4 osoby udało mi się na takie ankiety namówić. Nie, jeszcze nie koniec. Po odejściu, co dwa tygodnie dostawałam SMS'a o tym, że są nowe ankiety... Kiedy już tam nie pracowałam. Więc grzecznie dopisywałam, że już tam nie pracuje. Po trzecim takim SMSie zaczęłam dopytywać, kiedy otrzymam wypłatę. W odpowiedzi dostałam "jaką wypłatę?"... I już grzał mi się numer do prawnika. Na szczęście jakoś się mi udało porozumieć i po tych czterech miesiącach dostałam należne mi te "pieniądze". Ale co ciekawe, zauważyłam że byłam wybijającą się osobą w ilości ankiet, bo była tam taka lista i ludzie mieli po 2-3 ankiety, a ja miałam dwa-trzy razy więcej, bo udało mi się "nakłonić" pracodawcę, by dał mi dwa dni więcej. A co najzabawniejsze, tydzień po tym, jak rzuciłam to, dostałam telefon, czy bym nie chciała wrócić i pracodawca stał się nagle taki potuuulny. Oczywiście odmówiłam. Nie polecam. Czułam się oszukiwana i wykorzystywana nie tyle co fizycznie co i psychicznie.