Pracowałam na umowie zlecenie przez pół roku na stanowisku recepcjonisty i bardzo dobrze ogólnie wspominam ten czas. Z każdym szło się dogadać, porozmawiać, byli bardzo mili i pomocni. Nigdy nie zostawałam z niczym sama, jeśli potrzebowałam jakiejś pomocy. Przy pierwszych zmianach dużo mi przekazywali informacji, potem też mogłam dopytywać i nie oceniali mnie za to (na zasadzie, że jak mogę czegoś jeszcze nie wiedzieć, jak to ma niekiedy miejsce). Czułam się nawet motywowana do pracy, bo miałam jednak chwile zawahania. Jasne, roboty bywało czasami sporo, ale dało się to poogarniać ;)
Nie czułam, by panowała jakaś atmosfera wyścigu szczurów czy by na siebie nawzajem donoszono - ale zwracano uwagę, gdy coś nie zostało wykonane lub zostało to zrobione źle (bo to jednak praca, a w obowiązkach pracownika leży, by swoje zadania wykonać) - ale nie było to po jakiejś złośliwości, tylko z takiej może życzliwości - nie było to też raczej robione jakoś publicznie, przynajmniej z tego co pamiętam i nie z jakimś atakiem, a tak po koleżeńsku. Naprawdę myślę, że w tym miejscu pracują fantastyczni ludzie :)
Na zmianach (to prawda) obsługiwałam nie tylko recepcję, ale od czasu do czasu również bar oraz ekspres (które znajdowały się centralnie obok stanowiska, nie trzeba było gdzieś specjalnie chodzić, ot kilka kroczków), jednak nie było to nic skomplikowanego (wydać piwo czy zrobić jakiegoś prostego drinka albo kawę/herbatę - osobiście traktowałam to trochę jak odskocznię od pozostałych obowiązków i jako czas do porozmawiania z gośćmi, jeśli była na to sposobność, dla mnie bardziej plus niż minus, choć zależy też oczywiście od okoliczności). Poza tym nie było to tak częste, gdyż w sezonie letnim działał od 17 SkyLight, a w jesienno-zimowym otwarty został bar na IV piętrze, do których goście częściej się udawali.
Tak to miałam za zadanie wykonywanie check-inów i check-outów, bieżącą obsługę gości, robienie rezerwacji, odbieranie telefonów oraz obsługa skrzynki mailowej i odpowiadanie na pytania gości oraz zainteresowanych pobytem osób. Do tego dochodziły jeszcze wystawianie faktur, ufiskalnianie transakcji i utrzymywanie kontaktu z pozostałymi „działami” oraz takie bym nazwała „ogólnoporządkowe sprawy” (po prostu dbanie o porządek na swoim własnym stanowisku, co myślę, że jest wszędzie). To chyba te główne, dodatkowo na drugiej zmianie dochodziło jedynie zanoszenie żelazek/desek do prasowania/czajników. Nie zajmowałam się za to ani kelnerowaniem, ani pomocą na kuchni, ani sprzątaniem pokoi - ot tylko tyle, co było na tym stanowisku wymagane. Może się wydawać tego dużo, ale jest to naprawdę do ogarnięcia, tym bardziej, że część rzeczy możliwe było do wykonania w tym samym czasie albo się ładnie uzupełniały czasowo, a niektóre zajmowały niewiele czasu.
Nie było problemu w ustalaniu grafiku - jeśli na jakiś dzień miało się plany (najlepiej wcześniej ustalone), to wystarczyło to przekazać, a starali się, by przypadł ci wolny. Zmiany były gł. dwie: 6-14 i 14-23.
Pracownikom przysługują benefity, te które pamiętam to:
- jeden darmowy masaż (ogólnie polecam się wybrać nawet prywatnie, panie, które je wykonują są naprawdę niesamowite), na pozostałe była dawana również zniżka
- zniżka na posiłki (-50%, o ile mnie pamięć nie myli),
- darmowa siłownia,
- darmowe wejścia na SkyLight/SkyClub