Szefowa jest właścicielką pałacu wraz z parkiem oraz z folwarkiem. Zrobiła tam hotel, restauracje, sklepy i muzeum, w którym to pracowałam. Ponieważ oszczędzała na pracownikach zazwyczaj sama musiałam upilnować muzeum znajdującego się na dwóch poziomach (parter + piwnica) oraz sklepu, który mieścił się w tym samym miejscu. Nie miałam do pomocy żadnych kamer, bramek. Do tego szefowa wymyśliła sobie, że kasę umieści w miejscu, w którym nie widać ani sklepu, ani wejścia do muzeum, ani ekspozycji. Idealne miejsce, czyż nie? Do tego kasetka z pieniędzmi nie była w żaden sposób zabezpieczona, czyli gdy wychodziłam z kasy praktycznie każdy mógłby wejść i wybrać z niej pieniądze. A wychodzić musiałam często.
Szefowa wymagała bym witała wchodzących gości, puszczała film, obsługiwała sklep, którego asortyment był w innym miejscu niż kasa, oraz pilnowała czy nikt nie niszczy ekspozycji. W czasie sezonu zadania te były nie do wykonania przez jedną osobę, ale mimo licznych próśb pracownic, szefowa prawie nigdy nie chciała się zgodzić, by w muzeum były chociaż dwie pracownice. Nawet mimo licznych kradzieży (głównie rzeczy ze sklepu) oraz osób, które wchodziły do muzeum nie płacąc za zwiedzanie. Najgorsze było to, że ta kobieta miała później pretensje do pracownic, że nie spełniają swoich obowiązków. Można było jej tłuc do głowy, że jedna pracownica nie da rady się rozdwoić, ale do niej to nie docierało. Jaśnie hrabina, która w życiu nie miała normalnej pracy, uważała, że dramatyzujemy. Najbardziej mnie wkurzyła, gdy koleżanka z pracy opowiedziała mi, że gdy sprzedawała bilety gościom, a ona przyszła do niej z pretensjami, że widziała jak ktoś wszedł na ekspozycje bez biletu. Spytała ją w jaki sposób ma być w dwóch miejscach na raz, to burknęła coś o tym, żeby z nią nie dyskutowała i bardziej przykłada się do pracy. Miała szczęście, że przy gościach nie chciała mnie bardziej zjechać, gdyż cóż... była wredną suką.
Jak tylko przyszłam do pracy usłyszałam do dziewczyn, by nigdy z nią nie dyskutować, bo inaczej zmiesza człowieka z błotem. Przez to zresztą była ogromna rotacja pracowników, którzy nie wytrzymywali z nią psychicznie. Kiedyś konserwator pracował w upale na zewnątrz i poszedł do restauracji poprosić o szklane wody, niestety szefowa prosto w twarz mu powiedziała, żeby poszedł za pałac. Tam jest studnia. Może się napić. Nie zliczę ile pracownic zgnoiła, dlatego najlepiej było się uśmiechać, kiwać głową i potem robić dalej swoje.
Wracając do muzeum. Szefowa wymagała również sprzątania. Niby prosta sprawa, ale przede wszystkim nie zapewniano nam odpowiedniego sprzętu. Była jakaś szczotka oraz za szmatki dostawaliśmy jakiś stary pożółkły materiał pocięty na kawałki. Żadnych płynów czy rękawic. Do tego pracowałam od 10 do 19, czyli w czasie pracy muzeum. Nie było żadnej dodatkowej godziny na posprzątanie przed lub po otwarciu. Czyli powinnam sprzątać wtedy, gdy w pałacu było pełno gości, a w czasie sezonu było to niemożliwe. Może nie mieliśmy tłumów gości, ale jak pisałam wcześniej, miałam zbyt dużo rzeczy do upilnowania, by martwić się jeszcze o sprzątanie. Do tego często wyglądało to w ten sposób, że przychodziło kilka osób, kupowało bilety, szło zwiedzać, mijało może dwie minuty, w których zdążyłam zamoczyć szmatkę, a już za chwilę znów ktoś wchodził do środka. I tak cały dzień. Dlatego wkurzałam się, gdy szefowa przychodziła z pretensjami, że jest brudno, a ja się opierd*lam. Co z tego, że pięć sekund temu widziała, jak puszczam gościom film? Przecież powinnam mieć w ręce jeszcze szczotkę i zamiatać za sobą, gdy idę. Tutaj również żadne tłumaczenia nic nie dawały, do niej nic nie docierało. Czasem, może raz w miesiącu zdarzało się, że na weekend były dwie osoby, dopiero wtedy można było coś zdziałać. Tylko jak to wyglądało? Trzeba było podkurzać, więc jeździło się tym odkurzaczem między nogami zwiedzających, innego wyjścia nie było.
Pracowałam na umowę zlecenie, więc nie miałam również żadnej przerwy w czasie 9 godzinnej pracy. Do toalety chodziłam, gdy klienci nie przychodzili, ale wystarczyło, że tylko wyszłam, a zaraz ktoś przychodził i się niecierpliwił. Podobnie było z jedzeniem drugiego śniadania, musiałam to robić między klientami, więc czasem jadłam godzinę jedną kanapkę. A szefowa również nie lubiła, gdy robiłam sobie małe przerwy. Kiedyś, gdy organizowała w muzeum jakąś imprezę i zamknęła je na jeden dzień, ja miałam za zadanie tylko je posprzątać. Sprzątałam już ze cztery godziny bez przerwy, co widziała szefowa, gdyż kręciła się co chwila w pobliżu, więc zachciało mi się pić. Wyszłam tylko na sekundkę napić się wody, a ta już przyleciała opieprzyć mnie, że cały dzień nic nie robię! A tu jest tyle do zrobienia!
Także, nie polecam :)