Niestety, w podejściu do pracowników nic się nie zmieniło. Choć firma odświeżyła stronę internetową i próbuje zrobić dobre pierwsze wrażenie, w codziennej współpracy nadal widać protekcjonalne traktowanie – szczególnie ze strony pani Luizy i pana Bartka, którzy zachowują się w sposób charakterystyczny dla tzw. „syndromu Warszawki”, czyli stawiania się ponad innymi.
Kilka lat temu firma straciła kluczowego klienta, Philip Morris, właśnie z powodu chaosu organizacyjnego oraz przedmiotowego i protekcjonalnego podejścia do hostów i hostess, które wywołało ich bunt. Zabrakło wówczas odwagi, by rzetelnie poinformować klienta o rzeczywistym stanie sytuacji – i ta trauma nadal ciąży na firmie.