Obserwując dzisiejszy rynek pracy, można odnieść wrażenie, że nowoczesne standardy dotarły już do każdego zakątka naszego kraju. Moje niedawne doświadczenia z firmą Ansław brutalnie jednak zweryfikowały to przekonanie, pokazując, że pod fasadą nowoczesnego eksportu wciąż można z powodzeniem uprawiać archaiczne biznesowe cwaniactwo.
Zaczęło się obiecująco. Firma opublikowała ogłoszenie, poszukując Export Managera na rynek francuski. Jako osoba z 10-letnim stażem dyrektorskim, władająca angielskim, włoskim, hiszpańskim i francuskim, postanowiłem odpowiedzieć na ofertę. Podczas spotkania w siedzibie firmy przedstawiłem im szeroką strategię - zamiast ograniczać się tylko do Francji, zaproponowałem równoległe, systemowe wejście na rynki włoski i hiszpański. Pokazałem im, że przy profilu ich firmy to właśnie tam leżą największe, choć mniej oczywiste szanse na skokowy wzrost sprzedaży. Zarząd z entuzjazmem przyjął tę wizję nowoczesnego handlu międzynarodowego, skoro już po tygodniu poinformowali mnie, że podejmują ze mną współpracę na warunkach B2B.
Prawdziwy pokaz „standardów” zaczął się jednak przy próbie sformalizowania tych wielkich, europejskich planów. Informując mnie o decyzji, dyrektor handlowy zaprosił mnie ponownie do siedziby firmy na podpisanie dokumentów. Jako że w profesjonalnym biznesie szanuje się czas i transparentność, poprosiłem o wcześniejsze przesłanie przynajmniej ogólnego szkicu umowy do wglądu. W tym momencie pan dyrektor handlowy postanowił zaprezentować pierwszy, klasyczny przykład małomiasteczkowego cwaniactwa, rzucając beztrosko: „Na pewno na miejscu dogadamy się i wszystko podpiszemy”. Najwyraźniej zarząd - świadom niezawodności swej "podwórkowej" taktyki negocjacyjnej - uznał, że jeśli przyjadę i poświęcę swój czas, to na miejscu będę bardziej skłonny do ustępstw. Jednak „nie ze mną te numery, Brunner”. Konsekwentnie zapowiedziałem, że moja wizyta odbędzie się wyłącznie po wcześniejszym zapoznaniu się ze szkicem umowy. Widząc, że tanie sztuczki na mnie nie działają, pod wieczór w przeddzień mojej wizyty przysłali dokument.
Moim oczom ukazał się ponad 10-stronicowy projekt umowy, który bezlitośnie obnażył ich prawdziwą kulturę prawną i organizacyjną. Otrzymałem kuriozalnego, prawniczego potworka – niespójny dokument posklejany z przypadkowych, internetowych ścinek różnych umów. Znalazły się tam wyłącznie skrajnie asymetryczne zapisy, drakońskie, jednostronne kary umowne nakładane za byle co według ich widzimisię oraz absurdalny wieloletni zakaz konkurencji po wygaśnięciu umowy bez prawa do choćby złotówki rekompensaty.
Aby nie być gołosłownym, oto dosłowne cytaty z tego "dzieła" prawnego, ilustrujące, jak wyobrażano sobie partnerską współpracę:
„3. Konsultant zobowiązany będzie do zapłaty na rzecz Ansław kary umownej w wysokości 27 000,00 PLN (słownie: dwadzieścia siedem tysięcy złotych) za każde naruszenie.
4. Za naruszenie uznaje się w szczególności:
a) ujawnienie informacji poufnych osobom trzecim,
b) wykorzystanie informacji poufnych w celach niezwiązanych z realizacją Umowy,
c) przechowywanie danych klientów poza systemami zatwierdzonymi przez Ansław,
d) brak zabezpieczenia urządzeń lub dostępów do systemów,
e) korzystanie z niezabezpieczonych sieci lub urządzeń w sposób narażający dane na dostęp osób trzecich,
f) niewywiązanie się z obowiązku zgłoszenia incydentu bezpieczeństwa.”
Warto się nad tym chwilę pochylić – wystarczyło, że według ich uznania "niewłaściwie zabezpieczysz urządzenie" albo podłączysz się do niesprawdzonego Wi-Fi w trasie, a z automatu uruchamiano licznik na 27 tysięcy złotych kary – czy to jest normalne? Czy można traktować poważnie firmę, która coś takiego proponuje?
Największa bezczelność kryła się jednak w zapisach finansowych.
Podczas wizyty w firmie precyzyjnie określiłem swoje oczekiwania finansowe, podając kwotę, jaką oczekuję otrzymywać „na rękę” – czyli jako mój czysty zysk na kontrakcie B2B, już po odliczeniu podatku dochodowego, składek ZUS oraz kosztów obsługi księgowej. Co istotne, podczas samego spotkania, ani tez później, zarząd nie zgłosił najmniejszych zastrzeżeń do moich oczekiwań finansowych, dając tym samym jasny sygnał, że warunki zostały w pełni zaakceptowane – w przeciwnym razie przecież nie proponowaliby mi tydzień później podpisania umowy. W przesłanym dokumencie wpisano jednak zaproponowaną przeze mnie kwotę jako bazową wartość faktury, czyli całkowity koszt ponoszony przez firmę, ewidentnie licząc na to, że doświadczony manager nie zauważy różnicy między czystym zyskiem a przychodem przed opodatkowaniem.
Ciąg dalszy poniżej w odpowiedzi na niniejszy tekst