Nie polecam. Pracowałam tam od samego początku — pomagałam przygotować sklep do otwarcia. Początkowo wszystko wydawało się w porządku: atmosfera była dobra, a praca znośna. Niestety, z czasem zaczęło się wszystko psuć.
Kierowniczka regionalna zaczęła pozwalać sobie na zbyt wiele — podnosiła głos na pracowników, rzucała wyzwiskami, a jej zachowanie momentami ocierało się o mobbing. Często obgadywała pracownice (szczególnie nowe) i buntowała jedne przeciwko drugim.
Nowe pracownice często pozostawione same sobie. Nikt nie tłumaczy im dokładnie, jakie mają obowiązki, nie ma żadnych jasnych wytycznych ani wprowadzenia do pracy. W efekcie dziewczyny nie wiedzą, co mają robić, uczą się wszystkiego metodą prób i błędów, a potem słyszą, że „się nie nadają”.
Dodatkowo kierownictwo ocenia pracowników nie po zaangażowaniu, ale po wyglądzie i tym, czy ktoś „pasuje do ekipy”. Jeśli masz dłuższe paznokcie – źle. Masz własne zdanie – źle. Mówisz za dużo – źle. Mówisz za mało – też źle. Nie próbujesz przypodobać się „elitom” – od razu jesteś na czarnej liście. Liczy się nie to, jak pracujesz, ale komu się przypodobasz.
Kontrola była dosłownie na każdym kroku — kamery obserwujące wszystko, nawet w pomieszczeniu socjalnym. Wchodząc na przerwę, zapala się kamera i nie można spokojnie zjeść. Nie można też zbyt często wychodzić do toalety, bo „szefostwo zobaczy, że się obijasz”.
Pracownice traktowane są z brakiem zaufania — momentami wręcz jak potencjalne złodziejki. Na początku nie mogłyśmy w ogóle robić tam zakupów. Gdy w końcu pozwolono, i tak nie wolno było kupować nic przed, po pracy, w trakcie przerwy, ani odkładać rzeczy. Gdy już robiłaś zakupy to kierowniczka obserwowała cię jakbyś miała coś ukraść. Do tego nie wydawano paragonów, bo „pracujesz w tym sklepie”, nawet jeśli robiłaś zakupy w swoim wolnym dniu.
Praca wyglądała tak, że trzeba było być w ciągłym ruchu. Nie można było nawet na chwilę stanąć i napić się wody, bo od razu pojawiały się uwagi, że trzeba „coś robić”, nawet jeśli w sklepie nie było już nic do zrobienia. Tempo pracy jak dla robotów. O wspólnej pracy z kimś można zapomnieć — jeśli zagadasz na minutę z koleżanką lub coś razem robicie, natychmiast padają uwagi, że trzeba się rozdzielić i pracować osobno.
Przerwy trwały 15 minut, a kolejność ustalała kierowniczka — oczywiście najpierw szły jej ulubienice. Często bywało, że przy ośmiu–dziesięciu osobach na zmianie ktoś szedł na przerwę dopiero po sześciu godzinach pracy. (Idąc na 8:30 i pracując do 15:00, będąc 10 w kolejności na przerwę, schodzisz dopiero o 14:30). To było bardzo niesprawiedliwe.
Na zmianach często było zbyt dużo osób, więc brakowało zajęcia. W tygodniu, kiedy ruch był mały, dowiadywałyśmy się z dnia na dzień, że mamy „jutro wolne” — mimo ustalonego wcześniej grafiku. Oczywiście grafiku musiały się trzymać tylko pracownice, nie kierownictwo.
Jeśli chciałaś poprosić o dzień wolny, robiła się afera: „chciałaś pracę, to pracuj”. Ale gdy już dostosowywałaś się do grafiku, potrafili cię z dnia na dzień odesłać do domu, przez co traciłaś godziny.
Kierowniczka zatrudnia ludzi na umowy zlecenie, ale jednocześnie zakazuje wzięcia wolnego. Trzeba się wręcz prosić o dzień wolny, a jeśli już łaskawie się zgodzi, później ci to wypomina.
Aplikowałam na stanowisko kasjer–sprzedawca. W umowie jasno było napisane, że do moich obowiązków należy obsługa klienta, przyjęcia zapłaty za sprzedany towar. W praktyce jednak zakres obowiązków okazał się znacznie szerszy.
Poza obsługą klientów trzeba było zajmować się rozładunkiem dostaw, wykładaniem towaru, sprzątaniem sklepu, magazynu i zaplecza, myciem podłóg, okien, a nawet pracami typowo fizycznymi. Wiele z tych rzeczy nie było w ogóle ujętych w zakresie obowiązków na stanowisku.
Ciągle jakieś uwagi: że za mało zrobione, że za dużo rozmów, że zbyt długo rozliczanie kasy — mimo że każda z nas naprawdę się starała i dawała z siebie wszystko.
Bardzo się zawiodłam. Praca w tak toksycznej atmosferze to coś, czego zdecydowanie nikomu nie polecam.