Ludzie mądrzejsi ode mnie zawsze mi powtarzali, że w życiu najważniejsze jest ustalenie właściwych priorytetów. Gdy ma się priorytety, łatwiej przychodzi również stawianie sobie celów, a co za tym idzie, ich realizacja. Przychodząc do Made by Society, moim celem była po prostu kasa. Zarobienie jak największej ilości, jako że poprzedni pracodawca raczej nie mógł się szczycić wysokimi stawkami. Oferta pracy jak z bajki- sklep odzieżowy oferujący 5500-6500 brutto na uop? Na stanowisku sprzedawcy? Wydawało się zbyt piękne, by było prawdziwe.
Początek był wymagający, jako że zatrudnionych było około 10 osób (dołączyłem jeszcze przed otwarciem sklepu w Galmoku, potem się rozdzieliliśmy), codziennością było 7-8 ludzi na zmianie, a klientów, jak to w takich projektach, jak na lekarstwo. Wysokie ceny+ enigmatyczna marka, wiadomo. Szło zanudzić się na śmierć, ale jednocześnie otwierało to pole na poznawanie współpracowników. Ja miałem akurat szczęście trafić na- poza sama kierowniczką sklepu, o której zaraz wspomnę- fantastycznych, ciepłych i przyjaznych ludzi. Oni, w połączeniu z fajną wypłatą za stosunkowo niewielki zakres obowiązków, motywowali mnie do pozostania tam jak najdłużej. Dygresja odnośnie wypłaty- dostałem 5500 i taka stawka teraz obowiązuje, jednak niektórzy otrzymali o 1000 więcej, mając dokładnie takie samo stanowisko. Można odnieść wrażenie, że poprzednia manager wybierała wielkość wypłat losowo. Rekrutacja to oddzielny akapit, na który jednak nie wystarczyło miejsca- powiem tylko, że zaangażowane w proces było łącznie 5 osób, w tym sam szef całej firmy. Komunikowałem się z nim na Whatsappie, odsłuchując głosówek nagranych łamanym angielskim podczas jazdy autem. Pełna profeska i świetne pierwsze wrażenie.
Wracając jednak do meritum, i przechodząc do stanu rzeczy po rozdzieleniu marki na dwa sklepy i rozpoczęciu letniej wyprzedaży, warto wspomnieć o warunkach pracy, bo tutaj materiału jest cała masa. Pozwolę sobie na staromodne, acz skuteczne wypunktowanie aspektów, które były nie na miejscu nawet 4 miesiące po otwarciu sklepu: 1. Brak automatyzacji czy spokoju głowy w czymkolwiek; musiałem przejmować się tym, czy jestem w ogóle ubezpieczony w ramach zatrudnienia, o dostarczanie ręczne mojego zwolnienia lekarskiego itp. 2. „Miejsce socjalne” składające się z jednego stoliczka i, do niedawna, pufek z przebieralni 3. Klimatyzacja, która notorycznie się psuła i zalewała magazyn do takiego stopnia, że nie było czym wycierać kałuż 4. Spóźniona wypłata za maj 5. Zakaz siadania na sklepie, za co też, swoją drogą, nie przedłużono mi umowy, pomimo osiągania niezłych wyników sprzedażowych i świetnego kontaktu z klientami 6. Fałszywa, dwulicowa, niekompetentna, niepanująca nad sobą kierowniczka, która na 100% dołożyła swoje trzy grosze przy zwolnieniu mnie i dwóch koleżanek za sam fakt tego, że poczuła się zagrożona; jest to hipokrytka bezczelnie obgadująca pracowników do innych pracowników, wymagająca od nich czegoś, czego sama nie robi 7. Szef firmy, który oprócz bycia creepem wobec kobiet, jest skrajnie odporny na jakiekolwiek pomysły, które nie są jego, a do tego wymaga dużo, jednocześnie oferując nieco poniżej absolutnego minimum w kwestii komfortu pracy 8. Brak jakichkolwiek benefitów w postaci zniżek, ub. zdrowotnego, premii czy nawet głupotek typu kart Multisport 9. Crème de la crème, czyli brak takich podstaw jak mikrofalówka/lodówka/czajnik/ekspres do kawy/dystrybutor wody (!).
Tu wracamy do tych priorytetów, o których wspomniałem na początku, bo pomimo wszystkich tych niewiarygodnych wręcz warunków czy sytuacji, byłbym gotów tam pozostać i kisić się jak te ubrania w już pewnie zawilgotniałym magazynie. Dlaczego? Bo miałem wyznaczony priorytet- kasa. Jak już raczyli wysłać wypłatę w akcie łaski, była niezła jak na zwykły sklepik w Arkadii. Niestety jednak, ponieważ w oczach szefa, siadanie na ladzie (przypominam, brak krzeseł) jest zbrodnią godną najgorszego potępienia, moja umowa nie została przedłużona. Do tego gwarantuję ingerencję kierowniczki- a nawet jeśli nie, to siedziała podejrzanie cicho gdy dowiedziałem się o byciu zwolnionym- wobec której nie żałuję ani jednego słowa napisanego w tej opinii.
Jeżeli czyta to ktoś, kto skusił się na pokaźną podstawę w ofercie- co ty robisz? Spójrz w lustro. Otrząśnij się. Nie wchodź w ten bajzel, bo niezależnie jak będziesz się angażował, szedł na rękę kierownictwu, nawiązywał relacje z klientami i dogadywał się z każdym, i tak dostaniesz kopa w (usunięte przez administratora) I to porządnego, siarczystego, niezasłużonego kopa rumuńską onucą. Stay out.
Postscriptum: Jeśli czytają to potencjalni klienci, pamiętajcie- jest duża szansa, że ta bluza za 500 złotych wisiała w wilgotnym, przemoczonym magazynie, upadła w jakąś kałużę z dwa razy, ma pewnie dziurę po przeciwkradzieżowym klipsie, a nadruk zmyje się po kilku praniach. Enjoy.