Opinia:)06.01.2026 02:20
Inne
Kilka dni temu wraz z partnerem adoptowaliśmy psa z Azylu dla Skrzywdzonych Zwierząt w Lipnie (kujawsko-pomorskie). W internecie brak jest zdjęć azylu, dlatego spodziewaliśmy się standardowego schroniska. Na miejscu okazało się jednak, że azyl znajduje się pod adresem Jastrzębie 17, a warunki są skrajnie odmienne od naszych wyobrażeń. Około 30 psów przebywało na zewnątrz, zimą, w śniegu i ujemnej temperaturze. Teren był mały, ogrodzony niską bramą z ostrymi zakończeniami (o które – jak sama „właścicielka” przyznała – jeden z psów się skaleczył). Budy były niewielkie i niedostosowane do wielkości większości psów. Trudno było uznać te warunki za bezpieczne i odpowiednie. Kontakt z „właścicielką” azylu był zdawkowy. Przekazywała sprzeczne i powtarzalne informacje, m.in. że pies „śpi w łóżku” i „musi mieć ogród”. Poprosiła nas o nagranie filmów z domu i ogrodu, co zrobiliśmy. Następnego dnia odebraliśmy psa. Podpisana umowa adopcyjna zawierała bardzo szczegółowe moje dane osobowe (PESEL, numer dowodu, adres), natomiast po stronie „właścicielki” widniało jedynie imię i nazwisko, co do którego nie mam pewności. Z perspektywy czasu uważam to za niebezpieczne i nierozsądne. Po przyjeździe do domu szybko okazało się, że czteromiesięczny szczeniak nie był uczony absolutnie niczego: nie znał smyczy ani szelek, nie reagował na imię, nie sygnalizował potrzeb fizjologicznych i załatwiał się w domu, stojąc. Mimo wielogodzinnych spacerów nie potrafił załatwić się na zewnątrz. Włożyliśmy ogrom pracy, czasu i cierpliwości, dzieliliśmy się snem, stale go obserwowaliśmy. Zabraliśmy psa do zaufanego weterynarza. Okazało się, że był zaniedbany: miał silnie przepełnione gruczoły okołoodbytnicze, a szczepienia były wykonywane nieprawidłowo – zbyt rzadko i w nadmiernych dawkach jednorazowo. Budzi to poważne wątpliwości co do opieki weterynaryjnej w azylu, mimo prowadzonych zbiórek na leczenie zwierząt. Po poinformowaniu „właścicielki” o wizycie u weterynarza spotkałam się z pogardliwą reakcją i nieproszonymi „radami”, mimo że nie jest lekarzem weterynarii. Choć bardzo pokochaliśmy psa, sytuacja nas przerosła. Zgodnie z zapisami umowy („jeżeli zwierzę nie spełni oczekiwań, zostanie zwrócone przedstawicielowi azylu”) oddaliśmy psa z powrotem. Nie oddaliśmy go osobom trzecim ani do schroniska – postąpiliśmy zgodnie z umową i odpowiedzialnie. Przy zwrocie nie zostaliśmy wysłuchani. Zostaliśmy skrzyczeni, nazwani „niepoważnymi” i zastraszani publikacją negatywnych opinii w internecie. Następnie na Facebooku pojawił się post zawierający nieprawdziwe informacje na nasz temat. Dodatkowo, pod presją oddałam swoją kopię umowy (choć posiadam ją mailowo). Cała sytuacja pokazała nam agresję, brak empatii i brak profesjonalizmu osoby prowadzącej azyl. Uważam, że ktoś o takim podejściu nie powinien mieć pod opieką ani zwierząt, ani ludzi.