Ciężko aktualnie znaleźć jakiekolwiek dobre słowa na temat Brand You Much.
Najlepszym podsumowaniem może być zwolnienie większości zespołu praktycznie z dnia na dzień, a dokładniej kilka dni przed końcem miesiąca.
Na osobny akapit zasługują szefowie. Zacznijmy od tego, że to para, co wiąże się z ciągłymi dramami w miejscu pracy i dziwną atmosferą. Jest sekciarsko i Pani Ania próbuje „czytać ludzi” dzięki swoim wyjątkowym „umiejętnościom psychologa” - oczywiście z miernym wynikiem. W trudnych momentach wymusza łzy, żeby po 30 minutach odbić piłeczkę i winę zrzucić na pracowników. Micromanagement to jej drugie imię.
Już od samego początku awansowano ludzi wiernych, ale miernych. Niewiele się zmieniło. W miejscu pracy zostało zaledwie kilka osób.
Właściciel totalna złotówa. Gdyby mógł, kazałby pracować za dobre portfolio, a naprawdę wiele jest historii o oddawaniu mu kilku złotych. Warto wspomnieć o tym, że jest po prostu nieprzyjemny i nadmiernie kontrolujący.
Starają się pozować na nowoczesnych i cool, ale nic nie przesłoni faktu, że po prostu nie mają pojęcia o marketingu i są złymi, nieszczerymi ludźmi. Położyli firmę i postawili ludzi, którzy im zaufali w okropnej sytuacji. Kłamstwa do ostatniej chwili. Kłamstwa prosto w oczy. Jedyne szczere momenty to te, kiedy team skonfrontował ich face to face.
Na koniec dodam, że wiele osób doprowadzono do płaczu w firmie słowami, które nie powinny być wypowiedziane w miejscu pracy.
Klienci w większości uciekli i nie zapowiada się na powroty. To tonący statek i lepiej trzymajcie się od niego z daleka.
PS. Klienci dalej chyba myślą, że to wielka agencja, a tak naprawdę pracują w kuchni ich mieszkania, bo nie mieszczą się już w biurze na Długosza.