Praca w tej firmie to doświadczenie z pogranicza survivalu i czarnej komedii. Atmosfera mroźna jak magazyn z rybami, dosłownie, bo oszczędzanie na ogrzewaniu było tu normą, a napięcie rosło szybciej niż opóźnienia wypłat. Wynagrodzenia wypłacane jak serial na raty, czasem 60%, czasem 100%, zależnie od humoru i aktualnego stanu portfela firmy. Nigdy nie wiadomo, czy dostanie pensję, czy raczej zapowiedź kolejnego odcinka pt. „Jak nie płacić pracownikom?”.
Budżet na pracę był wręcz legendarny. Wahał się między minus 12 zł a 90 groszy, więc jeśli ktoś chciał wykonywać swoje obowiązki, musiał sobie przynieść wszystko sam. Narzędzia, sprzęt, organizację pracy i pewnie jeszcze własny rozsądek, bo firmowego najwyraźniej nie było w pakiecie.
Zaplecze socjalne to również tryb przetrwania. Regularne braki kawy, herbaty i mleka, ręcznik papierowy w kuchni wydzielany jak towar deficytowy, jeden, maksymalnie dwa listki na osobę, o ile w ogóle był. Bywały dni, gdy brakowało wszystkiego, a do pełnego obrazu brakowało już tylko kartek jak za komuny.
Komunikacja kierownictwa to osobny temat. Nic nie powiedzą, nic nie wyjaśnią, za to dział potrafią zlikwidować z dnia na dzień. Zaskoczenie było tak duże, że nawet horoskopy są bardziej przewidywalne.
Kończąc, jeśli ktoś marzy o pracy pełnej chaosu, ciszy ze strony szefa i adrenaliny wynikającej z niewiedzy, czy dziś będzie wypłata, to miejsce idealne. Jeśli jednak ktoś szuka normalności i szacunku, lepiej omijać tę firmę tak szeroko, jak tylko pozwala Google Maps.
Jedna gwiazdka to i tak za dużo...