3/5
Na szklarni panoszy się mnóstwo "brygadzistek". Problemem jest to, że na początku pracy nawet nie powiedzą człowiekowi, kto rzeczywiście ma coś do powiedzenia i do kogo zwracać się z pytaniami. Jedna każe robić byle jak, aby szybko, druga wyciągać wszystkie kwiaty. Każda mówi co innego i to, jak człowiek ma pracować, zależy tak naprawdę od tego, pod kogo trafi. W dodatku jedna z kontrolerek jakości (naprawdę nie wiem, jak oficjalnie nazywało się jej staowisko, ale nie była ani kierownikiem, ani brygadzistą), wysoka, szczupła pani Mag. nie ma problemu z obrażaniem pracowników. Oczywiście tylko tych, którzy nie rozumieją polskiego i nie mają świadomości, że wyzywa ich od (usunięte przez administratora) Drugiego dnia pracy zapytałam się tej panny, czy wiadomo, o której kończymy pracę. "Wiem, ale nie powiem. I tak na przyszłość nie zadawaj mi (usunięte przez administratora) pytań". Dostała jakieś pseudo stanowisko i wydaje jej się, że jest lepsza od innych ludzi. Tragedią też było to, że dwie laski rywalizowały sobie, która strona szklarni będzie szybciej zrobiona; jedna była odpowiedzialna za jedną stronę, druga za drugą. Oczywiście same nic nie robiły, tylko non stop poganiały ludzi, żeby robili szybciej. Ze wszystkich brygadzistek/kierowniczek, jakby ich nazwać, tylko jedna kobieta była normalna, na tylu ludzi.
Czasami jeździliśmy na inną szklarnię. W końcu wybrano spośród nas 10 osób, które tam jeździły, w tym my. Była tam a`la brygadzistka z innej firmy, która też nadzorowała naszą pracę. Tak naprawdę sama nie wiedziała, jak mieliśmy pracować. Rano mówi, że mamy nie zbierać różowych truskawek, że tylko czerwone, po czym przychodzi po kilku godzinach i mówi, że różowe przecież też miały być zbierane. Segregowaliśmy truskawki na pierwszą oraz drugą klasę. Jedna brygadzistka przychodziła, wyjmowała truskawki z pudełka z 1 klasy, "bo są za brzydkie na 1", po czym przychodziła druga brygadzistka, wyjmowała te same truskawki i mówiła, że są za ładne na drugą klasę. Gdy zwróciłam im uwagę to wymyślam, bo nie potrafię pracować i na pewno tak nie jest.
Truskawki są zawieszone dość wysoko, więc większość osób potrzebuje "szczudeł"/"drabinek". Nie mam pojęcia, jak to fachowo się nazywa, szkoda, że nie mogę wkleić zdjęcia. Pierwszego dnia jakaś kobieta skręciła na tym kostkę. Nikt nie odwiózł jej nawet do domku, kazali jej czekać, aż wszyscy skończą pracę. Siedziała ze skręconą kostką kilka godzin.
W pierwszym tygodniu dostaliśmy informację, że jak ktoś chce się ubezpieczyć to niech podejdzie do jakiegoś domku i koszt ubezpieczenia miał wynosić 50 euro. Nie poszliśmy, ponieważ nie mieliśmy jeszcze numeru SOFI. Ponad dwa tygodnie później przychodzi do naszego domku babeczka, ta od ogłoszenia, zapytać się, czy nie chcemy się ubezpieczyć. Tylko że przez dwa tygodnie ubezpieczenie magicznie podrożało do 80 euro. Nie skusiłam się na ubezpieczenie u osoby, która tak bardzo zrobiła nas w ch*ja przy ogłoszeniu.
Przy podpisywaniu umowy, powiedziano nam, że jak będzie termin w urzędzie, pojedziemy wszyscy busem, aby wyrobić numer SOFI. Niektóre osoby pojechały następnego dnia. Po przepracowanym półtora tygodniu, zaczęliśmy dopytywać się, kiedy my pojedziemy wyrobić ten numer. "Jak będą otwarte urzędzy". Pewnego dnia rano dostajemy wiadomość: "Osobom, które nie posiadają jeszcze numeru SOFI, przypominam o zabraniu ze sobą dowodu tożsamości". Tylko, żeby o czymś przypomnieć, trzeba najpierw o tym poinformować. Gdy część osób była już w pracy, napisali, żeby zgłaszały się osoby, które nie mają numeru SOFI. Przypominam, że ludzie byli już w pracy, na pewno siedzieli na Facebooku, czekając na wiadomość pd tych mistrzów organizacji. O tym, że jedziemy wyrobić numer SOFI, właściwie dowiedzieliśmy się właściwie jakieś niecałe 2 godziny przed wyjazdem.
Pytaliśmy się o wypłatę, czy pierwsza będzie po dwóch przepracowanych tygodniach. Nie, nie, nie, dostaniecie normalnie w piątek. Oczywiście w piątek okazało się, że wypłata jednak w kolejnym tygodniu. Nie potrafili jej nawet wysłać na czas, bo większości ludzi przyszła dopiero w poniedziałek.