Ideę prestiżu pracy w Wydawnictwie Uniwersytetu Łódzkiego najlepiej obrazuje jego siedziba – położona w rozpadającym się i przeciekającym blaszanym "baraku”, ukrytym za uniwersytecką biblioteką. Latem wystawiane są tu wiatraki, zimą piecyki, ale i tak przez cały rok na pracownikach osadzają się zarodniki pleśni spadające spod kasetonów na suficie.
Innym rodzajem grzyba jest kierownictwo zarządzające tym przybytkiem, które żyje w pełnym megalomanii przeświadczeniu, że praca w tym miejscu jest wyróżnieniem, kiedy w rzeczywistości stanowi co najwyżej przyczynek do kolejnych badań nad pozostałościami kultury peerelowskiej w Polsce.
Działy, zamiast współpracować, nastawiane są przeciwko sobie. Dyrekcja i kierownictwo – każde z nich o kruchym ego – szczują się za plecami, ledwie maskując wzajemną niechęć podczas wspólnych kolegiów. Nikt nie ukrywa, kto otrzymał pracę przez znajomości (np. za napisanie pięciostronicowego eseju pt. „Dlaczego chcę być redaktorką”, co było publicznie przytoczoną dykteryjką). Nikt nie ukrywa braku szacunku wobec osób na niższych stanowiskach, młodszych, a nie daj boże „innych” – tutaj na wyróżnienie zasługuje jedna wyjątkowo heterofanatyczna czarna wrona. W końcu nikt nie ukrywa, że od zawsze istniał tu mobbing i nic się nie zmieni, ale i tak należy się cieszyć, bo „gdzie indziej jest jeszcze gorzej”.
Reasumując, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego jest złym środowiskiem pracy z zerowymi perspektywami rozwoju przy niskim wynagrodzeniu. WSZYSTKIE przywileje pracownicze w WUŁ pochodzą od UŁ, dlatego na miejscu kandydujących, szukałbym zatrudnienia raczej w jednostce macierzystej. Jedyne, co zostaje po pracy w tym uniwersyteckim potworku, to historie, którymi można przyprawić o rumieniec każdego, bo to praca w wydaniu tak złym, że aż groteskowym. I zdecydowanie trzeba to przeżyć, żeby uwierzyć.