Kilka lat temu miałam wątpliwą przyjemność brać udział w rekrutacji do tej kancelarii.
Byłam wtedy na początku mojej drogi zawodowej i aplikowałam na stanowisko młodszego prawnika. Po prawidłowym rozwiązaniu przesłanych kazusów zostałam zaproszona na rozmowę.
Już sam początek rozmowy był bardzo nieprzyjemny. Gdy opowiadając o swoim doświadczeniu powiedziałam, że pracuję w kancelarii, której siedziba znajduje się poza Warszawą, Pan Mecenas w bardzo niemiły sposób skomentował ten fakt. Zasugerował, że w takiej kancelarii nic się nie robi i że napewno nic nie umiem (pomijając fakt, że komenarz Pana Mecenasa, nawet jeśłi byłby prawdziwy, był co najmniej niegrzeczny, chcę zauważyć, że kancelaria w której wówczas pracowałam zatrudniała kilkanaście osób, a sprawy w niej prowadzone zapewne nie odbiegąły merytorycznie od spraw prowadzonych przez Pana Mecenasa).
Następnie Pan Mecenas zadał mi merytoryczne pytanie, na które odpowiedziałam w +/-80%. (Przypominam, że aplikowałam na stanowsiko młodszego prawnik, a zadane pytanie nie sprawdzało wiedzy wynisionej ze studiów czy logicznego myślenia, a doświadczenie w danej dziedzinie, a tym samym na tym etapie mojej "kariery" udzielona przeze mnie odpowiedź powinna zostać przyjęta z zadowoleniem.) Jednak Pan Mecenas chciał chyba za wszelką cenę pokazać, że "ludzie z prowincji" się do niczego nie nadają. W związku z czym bardzo niemiło skomentował moją odpowiedź.
Generalnie przez całą rozmowę nawiązywał do tego, że pracuję poza Warszawą i robił wszystko, żeby udowodnić mi, że nic nie potrafię.
Już w połowie rozmowy nie miałam ochoty rozmawiać z tym człowiekiem. O ile z perspektywy czasu wiem, że powinnam wtedy wstać, powiedzieć Panu Mecenasowi co o tym myślę i wyjść, to wtedy zmusiłam się do dokończenia rozmowy, a następnie wróciłam do domu zdołowana, myśląc, że do niczego się nie nadaję...
Rozumiem, że mogłam nie spełniać oczekiwań Pana Mecenasa, ale gdyby był człowiekiem z klasą, doceniłby choćby fakt, że poświęciłam czas na rozwiązanie kazusów, że przyjechałam na rozmowę. Podziękowałby za spotkanie, a następnie w krótkim mailu napisałby, że wybrał innego kandydata. Człowiek kulturalny ocenia ludzi po tym kim są / co sobą prezentują, a nie po tym skąd przyjechali.
Niedługo później dostałam propozycję rozmowy w jednej z największych kanclarii w Polsce (pierwsz trójka rankingu RZ). Długo zastanawiałam się czy iść na tę rozmowę, bo po rozmowie z Panem Mecenasem uważałam, że i tak nie dam rady, ale w końcu zdecydowałam się spróbować. Rozmowa była bardzo merytoryczna, nie na wszystkie pytania udzieliłam prawidłowej odpowiedzi. Nikt nie komentował tego skąd przyjechałam, ani tego że nie wszystko wiem. Ale i tak dostałam pracę. W tej kancelarii pracuję do dziś, w tzw. "między czasie" zdałam egzamin radcowski i mam z tego powodu olbrzymią satysfakcję.
Do napisania tego postu skłoniła mnie rozmowa z młodszą koleżanką, która przeżyła podobną historię w innej kanclerii. Nie chcę, aby ktokolwiek przeżył takie upokorzenie jak ja, czy moja młodsza koleżanka. Liczę, że ten post może w tym pomóc. Młody czlowiek, który dopiero zacyzna swoją ścieżkę zawodową, który często nie jest jeszcze pewien swojej własnej wartości, przez kogoś takiego jak Pan Mecenas, może stracić wiarę w siebie. A na to się nie zgadzam.