Do gabinetu internisty trafiłam w dwu celach. Prosiłam o receptę (lek zalecony przez neurologa) oraz o skierowanie na rutynowe badania. Pani Doktor miała ogromne wątpliwości odnośnie do obu spraw. Po pierwsze - nie chciała wypisać recepty na lek niezalecany przez lekarza z tej konkretnej placówki, choć dotychczas inni interniści nigdy nie wyrażali takich wątpliwości (dokumentacja od specjalisty neurologa została przeze mnie udostępniona). Po drugie - moja prośba o skierowanie na rutynowe badania, podyktowana przedłużającym się od ponad trzech miesięcy uczuciem przemęczenia, nawracającym przeziębieniem i bólami brzucha, została wyśmiana: "jak się cieszę, że pani prosi o badania, sama bym sobie z tym nie poradziła". Co więcej - pani doktor w sprawie wymienionych dolegliwości przeprowadziła bezpodstawny wywiad medyczny, skupiając się na osobie mojego męża: "ile lat ma pani mąż, a czym się zajmuje pani mąż" oraz na moich studiach: "to chyba jest pani po pielęgniarstwie, skoro pani prosi o badania" (nie, nie jestem), "to co pani studiowała". Przy okazji drwiła z mojego stanu cywilnego: "no to gratuluję, w sumie sama nie wiem, czego". Wyrażała ponadto opryskliwe uwagi, które miały charakter wręcz żenujący: "a to skoro pani jest filolog to pani wie, co znaczy słowo: /auKtorytarny/, bo tak się pani zachowuje: /auKtorytarnie/" (pozostawiam bez komentarza).
Koniec końców otrzymałam skierowanie na EKG, które wyszło bardzo poprawne oraz - na moją "auKtorytarną" prośbę - na morfologię, która wyszła fatalnie. Jestem w trakcie dalszych diagnoz, dalekich od kardiologicznych.
Warto jeszcze dodać, że o mierności pani "Doktor" świadczy ponadto fakt o tym, iż sygnalizowany ból brzucha - zupełnie zignorowany: "nic pani nie jest" - potwornie się nasilił jeszcze tego samego dnia, prowadząc do innych problemów gastrycznych.
Wiadomo - NIE POLECAM.