Na rozmowie o pracę ustalamy stawkę. W odpowiedzi mam "Tyle to na spokojnie, a w sezonie to jeszcze więcej. Połowa będzie na umowie, resztę z prowizji, które naliczamy na eventach".
I wszystko niby tak, jak w każdej agencji: podstawa+prowizja. Ale już po tygodniu pracy wiem, że żadnej prowizji nie ma, bo nie uwzględnia się jej w kosztorysach, nikt nie uwzględnia nadgodzin na eventach (wieczory, weekndy). Trzeba się o to mocno upomnieć, a szefowe są bardzo zdziwione i na odchodne rzucają 300 zł za 5 przepracowanych weekendów (po 8-12 godzin). Wielkie zdziwienie, że pracownik wychodzi po 8 godzinach, telefony o 19, że trzeba coś zrobić na już (choć był cały dzień na poprawki). A prowizji jak nie było, tak nie ma, więc w realu zarabia się połowę wynegocjowanej kwoty (ciężko się tak w cokolwiek angażować). Oczywiście umowa zlecenie, choć ma wszelkie znamiona umowy o pracę.
Projekty też pozostawiają wiele do życzenia. Prezentacje są robione na szybko, niedbale, kopiuj-wklej z poprzednich realizacji, zero innowacji, kreatywności. O podwykonawcach i klientach słyszy się w biurze głównie w negatywnym aspekcie, nie ma szacunku, na wszystkich patrzy się z góry, atmosfera wyższości. A stażystów straszy się słowami, że jak będą chodzić na L4, to im nie podpiszą stażu.