Odlewnia Motoryzacyjna, a potem OŻL była marzeniem o wielkości, które śniło się właścicielowi. Niestety, jego koledzy z byłego systemu,jak też ich dzieci wprowadzani bocznymi drzwiami na stanowiska, nie podołali tej wizji, choć byli jedynymi z godziwymi zarobkami oraz ze stosownymi przywilejami. (byli też i tacy obłudnicy i obłudniczki, co robili dużo, aby do nich dołączyć)
Ostateczmy skutek pracy tych ludzi, czyli likwifacja odlewni oznacza kolejny wstyd dla Lublina, bo zakład miał odbiorców zagranicznych. Pytanie jest następujące: czy warto było to reaktywować po Koreańczykach i po pazernym syndyku . No cóż , kilka osób doczekało dzięki odlewni emerytury, kilka nie doczekało, umierając, cała masa pracowników została zbydlęcona warunkami pracy i wysokością płacy. Płakać się chciało tam wchodząc, ale też- wychodząc z tablicą Mendelejewa na skórze, w płucach, za paznokciami. Najmądrzejsi tam mówili, że nas nie będzie, a odlewnia będzie. Niestety, my jesteśmy, a odlewnię właściciel właśnie zamiata. Za mało wizji tu było i za dużo zobowiązań personalnych z przeszłości. - Jak wszędzie zresztą, gdzie nic już nie ma. Wy, zwykli ludzie z odlewni, cieszcie się, że rynek pracy się poprawił. Nie ma co płakać po tym kołchozie.